dzień któryś tam dobry dzięki opatrzności
siedzącej w siódmym niebie i słuchającej Ras Michaela
patronem wszystkich dobrych i pozytywnych
chuliganów jest pan Toots Hibbert,
pomyślał Dermot i wszedł do
internacjonalistyczno-komunistycznego akademika. Jak wszyscy doskonale
wiedzieli akademik powstał po słynnym zjeździe czerwonych studentów, jaki odbył
się onegdaj w stolicy. Ponieważ nie wypadało ot tak po
prostu wypuścić ich z powrotem żeby im się w głowach nie poprzewracało z
nadmiaru wolności, specjalnym milicyjnym tramwajem pod eskortą naszprycowanych
enkawudzistów odesłani zostali do naszego goradu. U
zaprzężono wszelakich murzynów, arabów, nikaraguańskich odstępców, przyszłych czilijskich poetów, indyjskich mówców do betoniarko-koparko-dźwigów i pozwolono im zbudować ów
wspaniały akademik – i po dziś dzień tam mieszkają. Ale mieszka tam też kilku
hippisów, Romek co się narkotyzuje jak mało który
chuligan ale niestety potem często zasypia, a może fajnie, bo jak się śpi to
się zajebiste rzeczy czasem przyśnią, lepsze niż na internecie.
Z Romkiem koleguje się pewien szlachecki opowiadacz, brakuje mu tylko wąsów i
ma doprawdy pięknie głęboki głos. Mieszkają tam naturalnie tez dwie piękne
księżniczki, one się do tego nie przyznają, pewnie chcą żeby wszyscy wierzyli w
ich proletariackie pochodzenie, ale istotę rzeczy zdradził Dermotowi
wędrowny nalepiacz plakatów w nocnym metrze. Ale jak na księżniczki są dość
przystępne, i kultywują wiele pożytecznych i miłych ludowych zwyczajów jak
częstowanie na wejściu plackiem, wódką, buziakiem a czasem nawet koreczkami które wcale nie są koreczkami śledziowymi,
wyobraźcie sobie.
Ha, no i mieszka tam przezabawny czarownik
gitarzysta, gra przepiękne alkoholowe riffy co jest sztuką szczególną
bo nie ma gitary. Byłby to jednak ciągle jeden z wielu miliardów akademików jakie stoją w naszym goradzie
lub w pobliżu, ale wyróżnia się czymś co Dermotowi
szczególnie odpowiada, niech powie zresztą sam;
Hanka, ta ci parking ma, że hej. Mój
rower cieszy się i prycha na samo słowo Hanka, bo wie że
tutaj będzie ciepło, bezpiecznie, sucho, baczne oko wiedźmy ze stróżówki
uchroni przed agresją ze strony dresowych trolli.
Hanka odznaczona orderem ministerstwa rowerów, złoty pedał,
widzę to w bliskiej przyszłości.
Ale co dalej- no więc
wszedłem, minąłem stróżówkę, i na schodach wdałem się w palenie ziela
skręconego zgrabnie. Była to okazja żeby podzielić się wątpliwościami, bo
młodzian w szerokich spodniach był na 70% sympatyczny:
>wiesz ty co.
Ostatnio mam wrażenie że siedzi we mnie jakaś obca
istota, niczym jakiś alien, rozumiesz, szatan
jakowyś. Bo przecież jadam to co zwykle, tłusto,
niezdrowo, kebabiki, jogurciki,
ostatnio może zjadłem parę sojowych kanapeczek i
świerszczyków, ale niewiele –a kupa mi się zmienia. Nie moja konsystencja, nie
mój smrodek, zupełnie obcy, nieprzyjemny, jakby jakiś dywersant sobie za mnie
trawił. To pogłębia mój kryzys tożsamości<
tak sobie gaworzyliśmy
wiecie co, pomyślałem że mogą się wam nie
spodobać takie wulgarne wynurzenia, nie jesteśmy na odpowiednim poziomie
znajomości i bliskości. Najlepiej zrobicie jak nie będziecie czytać tego co napisałem powyżej.
Zacznę jednak od środka. Jak mówi
Księga Więzienna Księstwa Szkorbutu ( to dalej niż Dębiec) każdy braniec ma prawo do skrzynki słodkiego wina i buraczanej
bagietki na dzień. Taki ich socjalny przeżytek To zaś
niechybnie musiało ściągnąć Polaczków.
Co, a
właściwie co to jest Polaczek? Specyficzny gatunek,
niedawno go w większości klasyfikacji wyodrębniono, ale wciąż mało opisany. W
pewnych regionach jest go mało, w innych nadmiar. Łowcy go łatwo rozpoznają, po
koszulach, po włosach w kolorze kurzu. Trzymają się w kupach,
dość luźnych, rozpadają się, łączą, agresję kierują to na zewnątrz to wewnątrz
grupy. Oszukują, o w tym są zbliżeni do grupy Czarnych Chuliganów, poziom
moralnych zahamowań w tej dziedzinie góra 30 %. Polaczek nienawidzi Władców ale ich wykorzystuje, i robi to otwarcie. Omija
legalna drogę, nie przechodzi na zielonym świetle, kradnie cegły, przestawia
liczniki, paląc tanie ćmiki z przemytu wesoło słucha
kradzionej muzyki. nigdy nie ma nic do oclenia. Nosi
niepoprawne wdzianka, używa niepoprawnych wyrazów. Jest zakałą świata Porządku.
Jeździ kradzionymi samochodami, bije domowej roboty kijem, na kolacje kradnie
od sąsiadów pomidory, bo jak mówi, nie stać go na własne. Zwykle niskiego
wzrostu, zwykle na bosaka, głośno się śmieją, mają owłosione stopy, uprawiają
małe gospodarstwa albo okradają sąsiednie. Jeżdżą szybko, sikają
pod murem.
Nade
wszystko uwielbiają nic nie robić i na ogół tym właśnie się zajmują, czasem
jednak staje się coś niespodziewanego, grupują się wówczas, coś mamroczą, widać że coś szykują, że coś będą robić, i bynajmniej nie
będzie to zbieranie funduszy na obozy dla chorych na koklusz.
Plan
był prosty, zablokować główną ulicę malutkiego Księstwa Szkorbutu, w czasie gdy odbywa się doroczny marsz Społecznej Równości i
głośno wykrzykiwać obelgi pod adresem gwiazd francuskiej piosenki. To powinno wystarczyć aby zmotoryzowane siły milicyjne ujęły – bo
zbędnego oporu nie będzie – wszystkich 40 Polaczków i zawiozły ich wprost do
komfortowych kazamatów, a tam będzie już czekał
przysmak wszystkich ludzi ulicy i emigrantów – słodkie winko o wysokim woltażu.
Hej, ale się nie udało.
Bo
byli też terroryści arabscy i był wysokiej rangi urzędnik kościelny i były
święte kule które przebijały milicyjne kamizele.
Najpierw trzeba powiedzieć parę słów o Księstwie Szkorbutu. Jest to księstwo
bardzo religijne, a dostojnik który nim zarządza jest
nominowany zarówno przez zawzięcie cudzoziemskich francuzików z centrali jak i
przez kudłate myszy z drugiej strony granicy. Te ostatnie są na ogół podatne na
decyzje podjęte przez francuzików, bo cały dzień słuchają kubańskich bitów i
piją browce z litrowych kufelków – przepyszne zresztą
w upał – i polityka ich nudzi. Tak więc Papa który
włada księstwem jest w zasadzie marionetką gogusiów. Księstwo jest małe,
wolnocłowe, ergo bogate, sprawiedliwe społecznie spokojne i dość
gejowe – trzeba uczciwie stwierdzić że według
współczynnika cymeryjskiego jeden Conan
dałby radę 25 milicjantom uzbrojonym a 57 nieuzbrojonym. Dlatego też
początkujący arabscy terroryści z nowo powstałej Partii Dżihad
Za Petrodolary uznali że na inicjację działalności najlepiej się nadaje
właśnie Księstwo Szkorbutu i postanowili porwać arcybiskupa, sprzedać go
wędrownej sekcie Maorysów za rzadkie totemy, sprzedać je na giełdzie satanistów
i za uzyskane pieniądze wybudować 44 minaret meczetu w Szczerej Pustyni. Trzeba
wam bowiem wiedzieć że prastara przepowiednia Starca Z
Gór głosiła, że kiedy „czterdzieści i cztery minarety na Szczerej Pustyni
staną, wówczas dozwolone będzie, aby wizerunki nagich kobiet i wszelakie
podniety udziałem prawowiernych się stały”. Oznaczało to że
nareszcie odkodowany zostanie Polsat i wspaniałości
których istnienie dyskutowano dotąd w haszyszowych barach odsłonią się dla
wiernych mężów islamu. Habib Osiłek, przywódca sekty
już widział się w roli prowadzącego lokalną wersję >masażu olejkami po
gołych piersiach<, i dlatego spieszno mu było do akcji.
Wszyscy
milicjanci zostali posiekani zakrzywionymi szablami Szwajcarów ( tak dla
niepoznaki będziemy nazywać Arabów), a ci którzy
przeżyli zostali rozstrzelani, wrzuceni do kwasu, wywleczono im płuca na
zewnątrz i nabito na pal ( Habib wyczytał o tej
sztuczce w książce o wikingach), rozciągnięto ich wnętrzności na drodze poza
rogatkami stolicy, posypano solą pieprzem i gałką muszkatołową, oczy
zakonserwowano w spirytusie, żołądki dano na pożarcie dwugłowym tresowanym
sępom, włosy spalono, zęby przerobiono na podarki dla Kuszytów,
mundury na majtki dla eunuchów z haremu, miasto spalono i wysadzono w powietrze
i następnie zaorano przy pomocy ocalałych milicjantów których następnie opluto
i zjedzono. Mieszkańców wygnano Gdzie Pieprz Rośnie,
gdzie do tej chwili toczą krwawe waśnie etniczne z rdzenną ludnością tej dzielnicy,
małymi kibicami siatkówki. Te wszystkie okropne i wcale nie podobające się
Jehowie rzeczy uczyniono po części żeby choć trochę
rozerwać wybrednego czytelnika, a po drugie żeby dać jasno do zrozumienia że z
Partią Dżihad za Petrodolary nie ma żartów. Problem jaki
wyniknął z całej tej sytuacji dla Polaczków był taki, że
a) nie było mowy już raczej o darmowym winie,
wbrew temu co sugerował najbardziej buńczuczny z Polaczków Stefcio
o Benzynowych Rękach
b) nie było już od kogo sępić bejmów ani kogo okradać
szwajcarzy zniknęli natomiast za
horyzontem w swojej karawanie wozów opancerzonych. Ukryci w kabinach swych
mocarnych tirów polaczkowie przez CB radio
podsumowywali sytuacje. Całe szczęście że poprzedniego
dnia ostro pograli w kulki z bułgarskimi prostytutkami i spili ostatni zapas
płynów do golenia – to spowodowało że zaspali na akcje budowy barykady na
głównej drodze, a w czasie terrorystycznej masakry wycofali się na parking
szkoły dla niewidomych. Jak już zostało jednak powiedziane, nie mieli nic więcej
do roboty w tym miejscu. Przecież nie będą czekać w
nieskończoność na statek z niewolnikami z wysp Parcianych, których
przetransportować mieli w tirach dalej, w głąb Kraju Dobrobytu. Tak, trudna
sytuacja, Polaczki spalały popka za popkiem i ciężko myślały. Na szczęście łebski
Marian miał dostęp do Internetu w swojej kabinie, bo posiadał prawdziwy,
żelazny niemiecki komputer pokładowy. Wykorzystywał go w wiadomym celu, jak to
kierowca ciężarówki, ale tym razem miał on oddać naszym bohaterom ( mam nadzieje że zżyliście się z nimi na tyle że mogę użyć
takiego sformułowania) nieocenione usługi.
Jak
wiecie, Internet jest bardzo interesującym wynalazkiem, w którym znaleźć można
pożyteczne rzeczy jak przepisy na imperialne portery ze Szwecji albo tysiące
gołych piersi, włochatych podbrzuszy i innych takich rzeczy. Ponadto
znajdują się tam przewodniki po różnych miejscach, a że miejsce
w którym nasi kierowcy się znajdowali przestało im zupełnie odpowiadać,
wybrali jedno z takich innych miejsc i do niego weszli. Wchodzenie do Internetu
polega na tym, że należy odszukać tzw. Terminal
inaczej zwany portalem i po zapłaceniu określonego haraczu mechanikowi albo
innemu panu wchodzi się i idzie się tam gdzie się chce. Jak się ma mocarną
ciężarówkę, a takimi nasi polo-tirowcy dysponowali,
można też wjechać i nie płacić.
Ale o
tym za chwilę
Teraz bowiem przejdziemy na trochę na
trzecią osobę. Dermot obudził się z potwornym kacem.
Zdziwił się, bo zwykle budził się z luksusowymi kobietami, albo przynajmniej z
kobietami. Obudził się na jednej z bardzo tylnych ławek wijowego
tramwaju, daleko za pętlą jak udało mu się zauważyć. Tym także się zdziwił, bo
ostatnio, od kiedy obejrzał prześliczną historię z Dalekiego Wschodu, starał
się sypiać w swojej ekstrawagancko acz zgodnie z zasadami feng
shui urządzonej sypialni, ubrany w jedwabną pidżamę,
namaszczony wonnymi olejkami, na stoliku obok płatki czarnego lotosu, skóra
tygrysa na ścianie, butelka wina z ryżu chłodzi się na śniadanie, ogólnie
pysznie. A tu taka niespodzianka, w tramwaju. W dodatku skąd ten kac, przecież
od czasu afery z wyborami na rastafariańskim
uniwersytecie Dermot postanowił odmawiać wszelkich
cięższych używek, co notabene wydało się bardzo podejrzane agentom z biura
Nieustannie Śledzącego Jego Poczynania. Kac, stwierdził nasz bohater,był skutkiem zbyt długiego oglądania telewizji.
Tak, pomyślał ubijając poranne ziele, zły uzdrowiciel z audycji Ręce które Kaleczą musiał być przyczyną dzisiejszej chandry
i bólów żołądka. Jak mawia znajomy lew, jest na to jedno lekarstwo, tylko gdzie
jest moja hubka, o, znalazła się, no to startujemy. Kiedy
miła woń towarzysząca słodkawym oparom gęstego dymu, puff, puff, wypełniła
wiatę przystanku myśli Dermota nieco się rozjaśniły. Poprzez kłęby zaczął zauważać swoją sytuację,
zarówno w wymiarze perspektywicznym, w świetle długiej podróży tramwajowej, co
wykazała retrospektywa, jak w kontekście kulturowym w jakim
się znalazł. Na kontekst ten składały się bagieterie,
ohydne typy w melonikach czy też berecikach i wielki napis na neogotyckim
budynku >secours populaire<.
Zatem
jakaś romańska kraina socjalna
Kadłub
spokojnie skubiącego teraz trawę tramwaju pokrywały dziwne pajęczyny, błoto,
zaschnięta piana, resztki kiełbasek i opakowania po szwajcarskim serze i
batonikach. Pamięć Dermota stopniowo budowała
prawdopodobne wydarzenia, jakie miały miejsce po jego urodzinach trzy tygodnie
wcześniej. Musiał trafić na sektę tramwajowych porywaczy i dlatego zamiast ze
swoją szajką pojechać linią Południową do rezydencji przy parku trafił do jakiejś
wyjątkowo dalekodystansowej
linii która nie tylko wywiozła go poza Ogrody, Ogrody Działkowe, Smochy gdzie mieszkają goradowi
smolarze, poza Lotnisko Rybackie ale nawet za Złotniki skąd sprowadzano na
Wildę wiejskie jaja. Tramwaj jechał i jechał, terkotał, trzeszczał, rzucał,
prychał, Dermot spał, majaczył, wił się w uściskach,
był otumaniony sokiem z gerber, gdzieś przez dziurę w tramwajowej okiennicy
widział jak mijają góry, rzekę po której dryfowały
rumuńskie tratwy, przejechali chyba przez wspaniały, majestatycznie czarny most
Karola dotąd znany mu tylko z Pana Samochodzika,
wokół bary, zagraniczni turyści, czescy piwni esesmani. Potem ciemność,
wyłączony fragment z życiorysu, jeszcze tylko zmysł dotyku działa
ale i on idzie spać. No i pobudka, i w tej właśnie sytuacji się
znaleźliśmy, ekstremalne Zamieście, wiata przystanku, palimy Ziele i z jego
pomocą komunikujemy się z przyjaciółmi, czy aby się uda. Prawdziwi przyjaciele
to ci co też palą Ziele, odbiór. Tak, na Kroma,
wyrwało się pogańskie przekleństwo Dermotowi, Puczatek by tego nie pochwalił, nawiązana łączność, Lug, Ogma, kochani przyjaciele, drodzy chuligani, tak się o
mnie martwili, teraz jak tylko będą mogli porwą pierwszą lepszą drezynę, świnie
tropiciela i mnie tutaj odnajdą. A ja tymczasem zabiję Pacmana
jakąś bagietą z sardynkami i zastanowię się co dalej.
moja pierwsza praca czyli
dlaczego nie ma wydziału >handel żywym towarem<
musicie zatem wiedzieć że czas jest dla nas,
żyjących w nieustającej podróży rzeczą mało ważną, nie mówimy najpierw to potem
tamto, szybciej bo teraz musi być to. Jest akurat to co
Wielki Losujący wyciągnie z maszyny losującej i pokaże w programie dla
grających naszym życiem, gdzieś tam, nie wiemy gdzie, może w pałacu Króla Assasynów, Starca Z Gór, a może w niebie u Bozi. Nie
zmartwiłem się że moi koledzy nie nadjeżdżali, a
minęła minuta, dwie, może trzy, a może trzy dni, a może trzy lata. Jako że
byłem już po studiach stwierdziłem że zacznę jakąś
pracę, przecież tak nie wypada stale jeść darmowego camemberta,
sępić na winko i ubierać się w stare adiki od babci z
secours. A co ja umiem robić, zapytałem się
dialektycznie odpowiadając „nic”, co dało mi pretekst do zastanawiania się nad
kondycją szkolnictwa które mnie wydało. Ale tylko
chwileczkę. Bo przecież- co ja lubię robić, ah, tutaj się mogłem uśmiechnąć, lista była długa ale
czołówka jednoznaczna. I tak zbudowałem imperium. Małe imperium, ale na
początek dobre, potem może je sprzedam i nie będę nic musiał robić. Zaraz,
przecież wcześniej też nic nie musiałem...No tak, ale teraz jestem dodatkowo
bardziej wpływowy i przybyło mi kilka punktów luksusu.
Yeah, przytaknęli słuchacze, powiedz jak to
się stało
A tak
– powiedział gładząc się po brzuchu, a w zasadzie wycierając ręce z tłuszczu
smażonego indyka o hawajską koszulę – było to tak
Z
moich szkolnych lat pamiętałem niewiele. Myślę teraz że
to dobrze, ale przedstawię wam moje przedsięwzięcie przy użyciu pewnych mądrych
określeń. Aby osiągnąć sukces potrzebny jest talent, praca, tania siła robocza
i surowce. Talent miałem już prawdopodobnie od urodzenia, praca, tak, ale za to
była tania siła robocza – oczywiście Polaczki, wyobraźcie sobie
że mój Anioł Stróż naprowadził mi ich w najwłaściwszym momencie, w
zasadzie ta sprawa z wymianą Marokańców na hippisów
to był po części ich pomysł, pośrednio w zasadzie. Surowce, oczywiście bzdura, bo działaliśmy w branży usługowej. Hippisi do Maroka
degenerować się, Marokańcy do roboty. Przewozi wujek
Ali, szyper z Tetuanu na fenickiej galerze. Kaska od jednych i od drugich, i nie tylko. Nieuczesani
młodzieńcy finansują łapówki dla urzędasów wystawiających bony mieszkaniowe dla
nadjeżdżających właśnie Arabusów i Berberusów. Piękna sprawa, tylko w SocjalDzielnicy
do zrobienia. Będziemy to miejsce tak nazywać, im się wydaje
że są osobnym miastem, ale tak naprawdę, jak wiele innych w pobliżu to
tylko dzielnica naszego poszerzającego się wciąż terytorialnie Gorada. Im bardziej próbuje znaleźć Granice Poznania, tym
bardziej przekonuje się, że to niemożliwe, poszerzają się one wraz ze mną, Gorad jest tam gdzie ja jestem, gdzie my jesteśmy. Nie
ucieknę od niego, jest częścią mojego życia, stał się więc
częścią mojego świata. Z czasem dojdę do przekonania że
wszystko jest jedynie jego częścią. My jesteśmy częścią naszego dzieciństwa,
naszych przyjaciół, knajp, podwórek, autobusów,
kościołów, dziewek, wypitych piw, wybitych szyb, i one idą z nami, tak,
nostalgia rządzi światem.
SocjalDzielnica,
z powodu budowy zwana także Kasztelem Socjalnym otoczona była wielkimi murami,
przepaść chyba na
Taki
właśnie napis zobaczyły Polaczki w Internecie, kiedy sytuacja w księstwie
Szkorbutu stała się dla nich nie do zniesienia. I taki napis widniał na
ogromnym szyldzie ponad wjazdem do Kasztelu od strony zachodniej poprzez
kolejną wyrwę w murze. Z czasem przybywający tam turyści mogli się przekonać ze
wyrw takich jest całkiem sporo i że od czasów rycerskiej świetności musiało
upłynąć dużo brudnej, pełnej ekskrementów wody w Wiśle.
Zaparkowali,
przeciągnęli się, opuścili swoje tiry i rozejrzeli się wokół. Kiedy po
tradycyjnym rozpoznaniu terenów i sklepów i tak zwanej Testowej Jumie Szlugów spotkali się w umówionym miejscu na winku,
przez chwilę milczeli zadziwieni tym co ujrzeli. Leżeli
tak na skwerku pokrytym miękkim kobiercem co dwie
godziny perfumowanej trawy i dumali. Jak im się zdało, i co potwierdziło się w
ciągu następnych cudnych dni, trafili do raju.
Popatrzcie.
Miasto
miało dostęp do plaży, piękny złocisty piasek, laseczki w bikini bez
biusthalterów, prysznic co dziesięć metrów, policjanci
w ślicznych granatowych mundurach. Ciepła woda. Zimne piwo. Mocne winko.
Skwierczące bagietki. Międzynarodowe towarzystwo rozłożone na dziesiątkach
obszernych skwerków, pod egzotycznymi palmami, na ławeczkach mięciutko wyściełanych aby się społeczeństwo zanadto nie wygniotło. Na
noc szerokie mosty z izolacją cieplną, dostępem do prądu, prysznicami, boksami
dla psów. Tak, pieski, wiadomo że Polaczki kochają
zwierzątka, a tutaj całe ich chmary, pieski małe, duże, włochate, niemieckie i
włoskie. Darmowe szczepienia, oczywiście po odpowiednim zaświadczeniu z Secours, darmowe kości wyrzucane z niezliczonych tawern i
supermarketów. Właśnie te supermarkety, zero kontroli, nadmiar swawoli. Działy
z alkiem zupełnie niefilmowane.
Szyneczki, serki, ogóreczki. Wszystko za friko,
inaczej mówiąc dwie minuty strachu, albo jak się ma wprawę, na luziku. Dział z owocami gdzie można sobie zważyć dwie
brzoskwinki a zapakować dwa kilo. Sery pleśniowe do zjedzenia między półkami.
He he, śmiał się Zbychu Mięsożerca, jak se zeżarłem takiego wielkiego
kurczaka i popiłem Bud’em o szerokim otworze i
odkręcanym kapslu, to poczułem że żyję. Józef ze
ściany wschodniej natomiast niezmiernie się ucieszył, poczciwina, jak udało mu
się zwędzić słynne angielskie skarpetki marki Bentley
z metalowym logo z boku. Poza tym walkmany, t-shirty,
majteczki, gumki, bateryjki, kasetki, czekoladki, batoniki, czipsy,
rogaliki, sardyneczki. Prawdziwa Wypożyczalnia
Artykułów Spożywczych i Nie Tylko, porównywalna jedynie z mitycznymi Halami Dobrobytu z Kosta Brawa w kraju kudłatych myszy.
Ale
na drzewach wisi tyle smakołyków, winogronka, śliwki,
pigwy, jabłuszka, wieczorami na secours dają ciepły
obiadek, prysznic, mleczko, kakao, w ciągu dnia też owocki, darmowa gazetka,
ubranka od wyboru do koloru z obsługą przemiłych starych bab.
Po co włazić do dusznych hal komercji, chyba po dresik
Lakosta
który się wymieni za zielsko z nieświadomym sytuacji nowo przybyłym
turystą, takim jak Dermot
Ale o
tym za chwilę
>ile
można się tak nudzić< spytał Maras, brat Darasa,
potwierdzając tym samym słuszność piramidy Masłowa mówiącej o tym że jak się ma już po pachy i szyję bananów, bagietek,
bab, i tym podobnych podstawowych potrzeb człowieka zaczyna się dążyć do
wyższych celów, w przypadku Polaczków w grę wchodziła tu potrzeba prestiżu,
bycia ważniejszym, większym, mocniejszym od reszty poddanych, tak nie bójmy się
tego słowa, poddanych, Dermot to potem błyskotliwie
wykaże że nie można mieć tyle fajnych rzeczy za nic; no więc lepszym od reszty
poddanych SocjalDzielnicy. Stefcio
o Benzynowych Rękach, jako herszt, wymyślił coś co na
zawsze zmieniło oblicze KarkaSon, więcej, spowodowało
coś wydawałoby się niemożliwego, zetknięcie i powiązanie losów Dermota z Polaczkami, z którymi od czasu dyskryminacyjnych
ich zachowań w podstawówce nie chciał mieć nic do czynienia. Stefcio bowiem
przypomniał sobie że na pace swojej ciężarówki ma spory ładunek bardzo
popularnej w kraju kudłatych myszy, gdzie wcześniej byli, używki, tradycyjnie
palonej do piwa w litrowych kufelkach. Używka przypominała kolorem i
konsystencją kupę zająca, i w działaniu zupełnie nie
pasowała Polaczkom, kręciło się po niej w głowie, chciało się im wyrzygać całą jabolową zawartość żołądka, a co najgorsze, zmuszała do
jakiś dziwnych myśli, wewnętrznych dialogów, rozchwiania świadomości, innymi
słowy wszystkich takich zachowań, które są antytezą bycia Polaczkiem. Leżała więc na pace i więcej jej nie próbowali, zwłaszcza że
trochę bali się gniewu zleceniodawców, dla których to przewozili, ogromnych
kudłatych szczurów, już nie myszy, dla których transportowali to poprzez
Księstwo Szkorbutu jako dodatkową przesyłkę dla szefa z Łazarza. No ale teraz, pomyślał Stefcio,
mogą nam nafikać, a że jest to popularne tam, może
przyjmie się i tu, stwierdził w rzadkim przypływie myśli przedsiębiorczej. No i
przyjęło się, zaraz zobaczycie, a Polaczki stały się magnatami tej używki,
nazywanej tu odtąd Polen. Stało się tak, ze ambicje
zostały zaspokojone, wzrost nastąpił, rozwój i prosperita generalna. Zadziałało
prawo czasu ogłoszone onegdaj przez siwego dziadka w rajskim ogrodzie, że im
więcej czasu się na coś poświęci, tym lepsze efekty nadejdą.
Jak
działał Kasztel Socjalny? Z punktu widzenia Dermota
całkiem nieźle, nie do uwierzenia było na przykład,że
zupełnie nie należy obawiać się złych kanarów, że chodzą tu taki maleńcy
kontrolerzy ubrani w mundurki z szarfami i pagonami krzyczącymi „ to my,
personel, nadchodzimy, więc schowaj się, gapowiczu”. I nie było wcale przemocy,
tylko grzeczne wypisywanie mandatów których najwięksi
kolekcjonerzy ( a zaliczali się do czołówki Polaczkowie, dopóki nie rozkręcili
swojego biznesu) mieli na tysiące Franków.
Zupki
wydawano codziennie w strategicznych punktach dzielnicy, przeważnie z narożnych
dziupli posprejowanych w czarno-białą szachownicę. Do
tego owocki, rodzynki, browiec i chipsy w niedzielę.
Nikt nie nadużywał, nikt nie brał dokładki której nie
zjadłby później i miałaby spleśnieć. Jednym słowem pełna kooperacja społeczna.
Oczywiście mówimy o okresie sprzed Wielkiej Wymiany Kulturalnej. Tak, zgodnie z
unijną nomenklaturą Polaczki nazwały swój biznes przy legalizacji, przed którą
cały czas ostrzegał ich doradca Stary Niemiecki Hippis.
W okresie w którym Wijowy Tramwaj zawił z Dermotem do Kasztelu
sprawy Polaczków miały się nieco gorzej. Biznes rozkręcili świetnie, używka z
ich ciężarówek znikała jednak jak ziarno ze spółdzielczego spichrza. Miasto
wołało jeszcze, więcej, nienasycone tasiemce oblizywały się, pożerały coraz
większe porcje socjalnych zupek, aż poruszono ta kwestię na zebraniu
przepracowanych kucharek. Sezamowe batoniki, czekoladki, jamajskie kakaowe
jajeczka, karmelowe węże i lizaki syntetyczne, wszystko to zwyżkowało na
peryferyjnej giełdzie smakołyków, naturalnie ze względu na właściwości używki jaką Polaczki zarzuciły Socjalan
( tak nazwiemy rdzennych mieszkańców Kasztelu aby odróżnić ich od przyszłej
fali imigrantów z Brudlandii zwanej inaczej
Marokiem.).
Apetyty
wzrastały, niestety zapasy z Księstwa Szkorbutu nie były nieograniczone. Wręcz
przeciwnie, właśnie się skończyły. Dlatego każdego przybysza z zewnątrz
Polaczki z wzrastającą niecierpliwością nagabywały. Nagabywały, prosiły,
groziły, sępiły, wymuszały, przeszukiwały. Każdy traktowany był jak potencjalne
źródło kostki, ale z każdym próbowano innego sposobu, biorąc pod uwagę takie
jego parametry jak rozmiar tricepsa i bicepsa,
agresywność, strój. Efekty niestety były mizerne. Na Polaczki padł blady
strach, nie dlatego bynajmniej że musiałyby wrócić na
łono państwowego trawnika bo to jak każde łono było przyjemne, ale ze względu
na zobowiązania. Co bardziej życiowo doświadczeni wiedzą że nie można być
absolutnym Szefem, zawsze nad tobą jest większy Szef, większy misiu którego
łączą cię z tobą jakieś więzy niekoniecznie przyjacielskie. Naiwni
pytają czemu większy misiu nie przejmie działalności
mniejszego, ale oczywistym jest ze pasożyt nie zabija żywiciela. W naszym
wypadku większym misiem była okrutnie groźna mafia Buraczana, pochodząca z
dalekich wschodnich rubieży zaratajskich. Nazywana
była tak ze względu na monopol w sektorze drogaśnego
wina buraczanego, które wraz z luksusowym wydaniem Głosu Lublina drukowanym na
liściach tytoniowych i soczystymi, tryskającymi zdrowiem z piersi ciziami z Bieszczad dostarczała owa mafia Polaczkom.
Naturalnie za dochody z dystrybucji kupy zająca, jak
ją wulgarnie określał Stefcio. Hej, Stefcio o Benzynowych Rękach, ten gieroj nie bał się
niczego, ale czuł odpowiedzialność za swoich ludzi. Wiedział ze z Burakami nie
ma żartów. Nikt do końca nie wiedział skąd przyszli, ani kiedy, może byli
starsi niż świat, narodzeni w krętych korytarzach donieckich kopalni
kiedy trawa była zieleńsza a brzoskwinie piszczały gdy się je szczypało.
Krążyły plotki ze to właśnie szwadron Buraków wybił śmietankę towarzyską
polskiego wojska podczas wojny, strzelając im z bani w tył głowy. Byli to
okrutni mężowie, kły czarne a fryzury siwe, zionący wódką i próchnicą, o
twarzach pooranych pogrzebaczami, kieszeniach pełnych niedopałków, spodniach
kanciastych i butach mokasynowych wykładanych bursztynem. Byli bezwzględni,
potrafili zjeść wszystkie kaczki pekińskich kucharzy jako ostrzeżenie, a nawet
trochę krewetkowych zup, i ryżu po bolońsku, i
marchwi w sosie słodko-kwaśnym i nic a nic nie zapłacić. Tak czy owak niejeden
z Polaczków miał motywacje żeby się bać, bzykając cizie
na kredyt, pijąc buraczane wino i wiedząc ze kredyt ten nie w durnym PKO a u
Buraków jest zaciągnięty. Widzicie jaka desperacja
musiała nimi rządzić tego dnia, kiedy własnego bądź co bądź w jakimś stopniu
rodaka, Dermota, Stefcio o
Benzynowych rękach nagabnął. Nie, kolego, Dermot nie
weźmie od ciebie dresiku Lakosta, nie ma dla ciebie
kosteczki, nie dzieli ustnika z pospólstwem. Ale być może pomoże ci rozwiązać
twoje problemy. Być może decyzja żeby zagadnąć właśnie jego
gdy zdezorientowany siedział na przystanku tramwaju była najlepszą w
twoim marnym życiu, Stefcio. Najwyraźniej zajebiście zrobiłeś biorąc go jak prosił do secouru na prysznic i lasagne w
sosie meksykańskim. Że otworzyłeś się przed jego słuchającymi brudnymi małżowinami
usznymi, wyjawiłeś mu problem, jego zaczątki, genezę i pozorną beznadziejność.
Że mu zaufałeś, wysłuchałeś odpowiedzi, przyjąłeś radę i nawiązałeś współpracę.
Bo Dermot wiedział jak rozwiązać problem, znał
odpowiedzi, jego kipiąca energia twórcza i kwalifikacje mogły nareszcie znaleźć
miejsce. Z czasem okazało się ze są niepełne, że brakowało mu tego i owego i
dlatego żałował ze nie studiował raczej handlu żywym towarem, ale i tak było rewela. Sprawdzał się, awansował w najważniejszej, bo
wewnętrznej hierarchii samozadowolenia. Jego pomysły nie obijały się już
sfrustrowane o dekiel czaszki ale radośnie fruwały,
fikały i sprawdzały się, yes, man,
w prawdziwym życiu. Dermot był przecież wyśmienitym
podróżnikiem. Znał krainę kudłatych myszy całkiem dobrze, był na jednym z ich
słynnych festiwali gdzie zabawa trwała dłużej niż do rana a konopne piwo
rozlewało się wszystkimi otworami. Wiedział tedy doskonale skąd myszy zdobywały
ulubioną swą używkę, ergo, wiedział jak zaradzić, przynajmniej teoretycznie, niedoborom
panującym na rynku Kasztelu. Naturalnie, tak, aby przyniosło to korzyść
Polaczkom, pomogło spłacić Buraków i nowe zachcianki, ale tez nie za darmo,
nie, w końcu jakoś na nowe hawajskie koszule musi zapracować. Wiedza, panowie,
kosztuje, akumulowałem ją długo, a teraz jak dobrze kontrolowany balon, po
troszku popuszczam, ale musze mieć profity. Więc ugadali się na podział
przyszłych profitów i umówili na przyszły wtorek, a Dermot
zasiadł na trawie i niczym Conan myślący o Valerii zadumał się, zasępił, uruchomił wszystkie procesy myślowe jakie potrafił, zgrzytał zębami, obgryzał paznokcie,
dłubał w nosie, skubał i kręcił pejsy, drapał się po genitaliach, rękach,
wierzchu dłoni, łydkach, przywoływał wszelkie znane mu handlowe teorie i
formuły, podręczniki i poradniki, rady Wiedźmy Ple Ple
z telewizji i wreszcie, po tygodniu, nic nie jedząc, nic nie pijąc, nie
sikając, się nie myjąc wyrzucił z siebie, sam, bez pomocy czyjejkolwiek many,
właściwe Rozwiązanie. Było genialne, proste, ale nadzwyczaj mądre. Zadziałało,
i to najważniejsze, choć Stefcio słuchając go po raz
pierwszy był cynicznie sceptyczny. Kiedy jednak zaczął działać, kiedy ich
projekt okazał się sprawnie naoliwioną maszynką robienia bejmów,
gmerający w nowych złotych łańcuchach Stefcio nie był
już ani trochę sceptyczny.
Galera
wujka Alego z Tetuanu ledwie miała czas na
krótki postój i wymianę wioseł, kursowała prawie nieprzerwanie w jedną stronę
wioząc rozczochranych młodzieńców i dredziaste
pannice, a w drugą objuczonych tobołkami smagłych wąsaczy z gór Rifu i spoza nich, i ich rodziny, kobiety w chustach, z
tatuażami na twarzach i dłoniach, monetami w uszach, malinowymi ustami. Dermot nieraz siedział w portowej knajpie wraz z Lugiem, bo rychło przybył on do
Kasztelu ekspresowym tramwajem, i ze Starym Niemieckim Hippisem, nadzorującym
prawidłowy przebieg wymiany. Siedzieli na werandzie i obserwowali załadunek i
odbijanie od brzegu, i rozmawiali o tym. Z czasem dołączył do nich Fajczarz w Rifu, ważna figura jak można by wnioskować z respektu jakim Chudzi go darzyli. Z rozmów, jakie wtedy
prowadzili Dermot wyniósł wiele mądrości i cennych
przemyśleń. Wyniósł też niejednego kaca, kufel i tym podobne, ale nie to jest
istotą tej opowieści, podobnie jak nie są jej treścią dotychczasowe
wprowadzenia, wiodące przed wszystkim do ważnego monologu Starego Niemieckiego
Hippisa, uważajcie kiedy nadejdzie, bo będzie zawierał
coś w rodzaju przesłania.
Dermot patrzał na wyrzutków, jak początkowo ich
nazywał, porzucających swoje leże dla nieznanego. Pamiętajcie
bowiem, że choć Dermot to przewspaniały
podróżnik, podróżnik tamtym okresie krążył głównie po orbicie wokół jądra Gorada, jakby przyciągały go jakieś tajemne siły. W tej
portowej knajpie, patrząc na fantazyjne fryzury emigrujących, na ich stroje z
łyka, słomy, szmat i gazet, na kolczaste naramienniki, drewniane spinki,
kościane wisiorki, roześmiane twarze, narkotyczne oczy, obserwując to wszystko
starał się zrozumieć co odpychało ich z Kasztelu
Socjalnego, gdzie życie tak łatwe a ser na wyciągniecie ręki. Dlaczego Myszy
uciekają, pytanie zadawał sobie, Lugowi, aż wreszcie
podzielił się wątpliwościami ze Starym Niemieckim Hippisem, którego aby nie
przedłużać nazywać będziemy Starym Hippisem albo po prostu H.
Dermot nie był zresztą jedynym który tego nie rozumiał. Haszyszowy Fajczarz, guru chudych, klął na głupotę
młodzieńców podążających suche doliny jego ojczyzny i zarazem ich błogosławił,
bo na zwolnione miejsca na skłotach i kartonowych
osiedlach pod Kasztelem przybywali jego rodacy, całe rodziny żądne lepszego
życia w pierwszym świecie. Wiecie dlaczego fakt, że H
i Fajczarz, nie mówiąc już o Roznosicielu Idei Dermocie,
spotkali się w tej portowej tawernie, dlaczego to było tak ważne. Bo wiedza
jest zawsze cząstkowa. Fajczarz wiedział jak jest tam gdzie jadą dekadenci z Karka Son, ale
to H wiedział przed czym oni uciekają. Obie strony mogłyby się sobie dziwować i
nie rozumieć, a rozmowa pokazała im większą cześć wiedzy niż byłaby dostępna z
osobna. To stara prawda, westchnął Dermot, trzeba
było wierzyć Geremkowi.
- Jedno to czas, powiedział w pewnym momencie
H, jak śpiewa Linton Kwesi
J, słynny murzyński guru z drugiej strony Kanału, potrzebujemy więcej czasu.
Choć pozornie czasu tu jak lodu, aby być pełnoprawnym członkiem społeczności
trzeba tu płacić za wszystko czasem, którego nie można pożyczyć w żadnym banku
ani dostać na talon, ale którego wszyscy mają tyle samo, jedni troszkę mniej,
drudzy trochę więcej. Czas rozrywa nas, bo jest coraz więcej rzeczy
na których możemy go wydać, a my nie chcemy mieć tego wyboru. Wrogowie
wolnego wyboru, powiedzą o nas, ale nie w tym rzecz – to nie jest wolność, bo
tu nie ma najważniejszego wyboru, między koniecznością wybierania a możliwością
spokoju umysłu. Zarzucają nas, bombardują podświadomymi nakazami wybierania,
czyniąc je atrakcyjnym cielcem, złotym, błyszczącym cielcem wykutym z wielu
pustych alternatyw. Ja nie jadę w góry Rif ćmić
fajkę, nie, to ułuda, która jest dostępna i tutaj, ale która ma zastąpić wybór.
Jest lekarstwem, świetnym lekarstwem, które leczy jednak objawy a nie
przyczyny. Przyczyną jest mnogość alternatyw, tysiące, miliony rozwiązań, a ich
ilość przyrasta w szalonym tempie, tyle tylko że każde
z nich jest innym kostiumem w jaki przybiera się prawdziwą nagość życia.
-
Niezłe, kurwa, jak z >Pani Domu< – wtrącił
rozbawiony Lug
- Wybory i alternatywy sztucznie rozdymają
życie, ciągnie się ono jak flaki z olejem, jest długie i pełne zadowolenia. Tyle że gdzieś nad naszym chlewem, jest gospodarz który
wrzuca żarcie, dla nas bardzo smaczne, pyszne, mamy do wyboru koryto z takim, i
owakim, z żarciem słodkawym słonym, żółtym, fioletowym i czerwonym. Tyle, że my
nie wiemy o tym, ze są to odpadki, że do tego, co je się na zewnątrz chlewu ma
się jak Sinalco do oryginalnej słodkiej Pepsi Coli
pitej w pustynny dzień.
- hmm – zamruczeli, Fajczarz ze zrozumieniem, bo pił taką, a pozostali bez, bo nigdy.
- Na
zewnątrz chlewu zapewne są, nie wiemy tego, bo nigdy tam nie byliśmy,
niebezpieczeństwa, psy o trzech szczękach, złośliwe dzieci dźgające szpadami,
zapadnie, pajęczyny, faszyści. Samo zło, rozumiecie, ale tez jest coś dla czego warto się wyrwać, jakaś tęcza, no nie wiem
dokładnie co. Ale najważniejsze jest to że nie wiem,
nie chcę robić czegoś co znam, sprawdzać coś, o czym wiem, chcę powiedzieć
sobie na łożu śmierci że byłem swoim własnym odkrywca, że odkryłem cos dla
siebie, nawet jeżeli przed mną odkryto to po tysiąckroć. Na zewnątrz jest
wielka zmiana, jest Wielkie Ryzyko. Nasz świat nauczył nas bać się tego słowa,
nauczył nas negatywnego znaczenia, kiedy mówimy Ryzyko boimy się, drżymy a
czasem sramy w gacie. Ale przecież to dobre słowo,
pieszczące włosy przenikające duszę dobrym zimnem, jak wiatr w upał, zanim
jeszcze napiliśmy się tej Pepsi. Czujemy się z nim dobrze, a raczej czulibyśmy
gdybyśmy spróbowali. Nie wiem na pewno, tak sądzę. Ale musimy spróbować, a wy
spróbujcie zrozumieć dlaczego to robimy.
Bardzo
mądry człowiek, znamy go tylko ze strzępków obrazu, ulotne wspomnienie, jak
pali sudańskiego papierosa i popija z bukłaka z wielbłądziej skóry, sługa Mohamada Farrah Aidida, powiedział
cos ważnego.
Rzekł
> wy, na Zachodzie, prowadzicie długie, pozbawione przygód życie i choć z
pewnością temu zaprzeczycie, świadczy o was fakt, ze nie bylibyście skłonni go
nawet bronić, nawet gdybyście potrafili <
Czy
coś podobnego.
Jeśli
gnijąc w wygodnych fotelach naszego chlewu, naszej klatki uważamy ze coś
zyskaliśmy i jest nam w jakimś sensie lepiej, to musimy pogodzić się z faktem że cos straciliśmy. My mamy nadzieję
że nie bezpowrotnie i mamy nadzieję to cos odnaleźć. Dla wielu nie jest
to na tyle ważna strata, większość nawet jej nie zauważa, i dlatego pozostanie
tutaj siorbiąc darmowe zupki i płacąc swoim czasem za wygody, albo
unicestwiając się kiedy okaże się ze te wygody nie
wypełnią pustki. Dla nas nie wypełni jej prorok Puchatek i jego nowo
odnaleziona wiara, nie wypełnią jej pielgrzymki, nawet ziele, nie wypełni
telewizor, pralka, gumowa lalka, posada, dobra rada, sen przez 12 godzin,
obserwowanie innych niewolników ich klatkach. Aby poczuć ze żyjemy musimy dać się
wytarmosić ryzyku, zrobić coś od tyłu, spróbować inaczej, pozornie
bezsensownie, popłynąć w druga stronę galerą Alego z Tetuanu. Robimy to też dlatego
żeby zrobić miejsce dla innych, wszyscy nie mogą iść w tym samym kierunku, bo
nie starczy miejsca. Przecież to chyba rozsądne, nie nazywajcie
więc nas więcej głupcami, bo jesteśmy jak mieszkańcy jasnej strony
Księżyca, żądni zobaczyć jak wygląda ta druga, pozornie gorsza, ciemna. Mnie
pociąga osobiście brud, nieczystość, chaos, nieprzewidywalność, dziura w
asfalcie, wszystko to czym nakarmi nas z pewnością
Matka Ryzyko. Wiemy że jest nieprzewidywalna, jedyną
rzeczą którą naprawdę możemy od niej oczekiwać jest właśnie zaskoczenie. I ja,
mimo że jestem stary i wiele lat w klatce spokoju przeżyłem, na to idę.
Odrzucam, być może za późno wybory, albo inaczej, odrzucam tyranię wyborów i przekonanie że jest to jedyna droga i zdaję się na kołysanie
przeznaczenia, na dryfowanie podczas którego zdarzy się niejeden sztorm, i
któryś z kolei mnie zatopi, ale bulgot kiedy będę tonąć będzie z pewnością
przyjemniejszy od charczenie na ciepłym łóżku, charczenia które można
przewidzieć, które profesjonalni lekarze odsuną w czasie, bo prosiłbym ich o
to, jak wszyscy mieszkańcy klatki żądający więcej, więcej.
Nasze
rachunki z życiem, jak przeczytałem w biuletynie geograficznym, określa ponoć
równanie. Musimy dbać o jego najkorzystniejszy dla nas układ. W liczniku jest to co mamy, w mianowniku to co chcemy mieć. Jeśli chcemy
długiego życia, aby równanie było w równowadze musimy walczyć, cała naszą
energię poświęcić na walkę z dryfowaniem znoszącym nas do otchłani, byle dalej
w stronę spokojnego brzegu, na którym, w razie powodzenia spędzimy spokojną i
dostatnią starość, a może i wiek dojrzały, jeżdżąc plażowym wozem i pijąc drinki.
Tu
Fajczarz wyraźnie się rozmarzył.
- Jednak będziemy wówczas zmęczeni – ciągnął H
- bo walczyliśmy ze światem żeby przezwyciężyć Dryf. Jeżeli poddamy się mu,
jeżeli ograniczymy nasze żądania wobec mianownika, wobec tego
co i ile chcemy mieć, to zawędrujemy prędzej czy później do otchłani,
nieraz po drodze zaleje nas nieprzyjemna, śmierdząca fala, ale kto wie o jakie
lądy zahaczymy. Na pewno nie dotrzemy do złocistej, stetryczałej
Plaży Drinków. Ale kto, jak nie dzieci ryzyka może odkryć nowe, jeszcze nie
odkryte plaże. A nuż, naiwnie powiem, lepsze?
- Ale masz gadkę, napij się waść Fortunki, bo ci musiało zaschnąć a gardziołku po takim
gadanku. – Lug jak zwykle
był towarzyski i ekstrawertyczny, i jak zwykle nie starał się zrozumieć
ważkiego messedżu Hippisa. Dermot
siedział zamyślony, naturalnie, tego wymaga konwencja opowiadania, żeby słowa
mądrej osoby, archetypu Yody, wpłynęły na głównego
bohatera, i jak później zobaczymy, jego dalsze postępowanie. Fajczarz natomiast
odcharknął i powiedział.
-
Zupełnie cię popieram człowieku. Gdybym był jednym z was, pojechałbym z wami.
Ale w moim wypadku to bez sensu, bo właśnie stamtąd przypłynąłem,. Wy macie
racje i ja mam rację, bo nasze drogi biegną w przeciwnym kierunku. Gdybyśmy nie
ruszyli z miejsca nigdy byśmy się nie poznali, i dlatego było warto, i dlatego
nie warto rezygnować i trzeba iść dalej. Zmiana jest wartością tylko, że my i
wy inne rzeczy zmieniamy, z innego punktu wyjścia wychodzimy. W naszym języku, to co dla ciebie jest dobrą Matką Ryzyko, u nas to surowy
ojciec Niepewność. Twoja klatka dla nas wygodnym posłaniem. Mi potrzeba właśnie
zupek i telewizorka i czystych trawników. Żałujmy jedynie oboje, że tak późno
rozpoczęliśmy naszą podróż. Czy też nasze podróże.
-
Racja. Nabijemy Fajeczkę? – uśmiechnął się H.
- Nie – z bezzębnym uśmiechem odparł Fajczarz -
przyjechałem tu dla waszego alkoholu. Dermot, zawołaj
no któregoś z Polaczków, słyszałem, że zgromadzili przednie wino buraczane.
-
Polaczki niczego nie gromadzą, żyją chwilą, czasem myślę sobie ze są w duszy
czarni. – odparłem wówczas Fajczarzowi – Ale spytam,
może nie zdążyli wypić ostatniej partii, a mi przecież nie odmówią.
I tak robiliśmy
nasze imperium, realizując program Wielkiej Wymiany. Przekupując urzędników,
wysyłając transporty w obie strony. Wymiana ta miała sensowniejsze korzenie i
podstawę niż zrazu myślałem, nie tylko dawała zadowolenie i szczęście obu jej
stronom, ale dawała dużo do myślenia mi. I miała zmienić moje życie, gdy już
się tak dobrze, na maksa dogłębnie zastanowiłem nad słowami
H, przerobiłem je z każdej strony i wreszcie dałem je do oceny naszemu
mędrcowi, Ogmie, co został w Fiksater Proti Poti.
Powiedział mi, że mądrość z naszej Podziemnej Biblioteki i mądrość życiowa to w
gruncie rzeczy to samo, on jednak, mimo że mnie lubi i
w ogóle, nie będzie mi towarzyszył, bo zbyt jest sentymentalny. A gdzie miał mi
towarzyszyć, o tym moje dzieci, następnym razem.