PROLOG

 

Stary van, jakim jechaliśmy, odkupiony od Teatru Ósmego Dnia, to na pewno nie typowy samochód ekspedycyjny na Afrykę, do jakiego przyzwyczaiły was obrazy rajdów przez pustynię czy nawet prywatnych eskapad coraz liczniejszych także wśród polskich zmotoryzowanych globtroterów. Jednakże ta wyprawa była nieco odmienna, a poza tym, cokolwiek by nie powiedzieć o pojazdach poruszających się po umownie nazywając ”drogach Afryki”, na pewno nie grzeszą one nudą i jednakim wyglądem. W przebudowanym mercedesie, białej, monumentalnej budzie na kółkach spędzić mieliśmy w 5 osób 2 miesiące, spać tam, pchać go i spychać z górki jego ociężałe i nie końca sprawne cielsko, gotować, pić, palić, czytać, tańczyć, obrabiać zdjęcia, bezustannie wyciągać coś, wkładać, pakować i rozpakowywać. Tego czegoś nazbierało się sporo, korzystaliśmy z komfortu, jaki daje podróżowanie własnym domem na kółkach, jakże inne od dotychczasowych autostopowo – autobusowych tułaczek większości naszej ekipy. Przede wszystkim jednak sporo było muzycznego sprzętu, bo ideą tej eskapady było zrobienie czegoś więcej niż trasy od zabytku do zabytku przeplatanej wąchaniem spalin na kolejnych stacjach benzynowych. Jechaliśmy do Maroka robić imprezy, grać sobie z dziwnymi ludźmi, z lokalnymi muzykami, dla wioskowych społeczności urządzać dyskoteki, umilać czas sączącym miętową herbatkę upalonym panom z wąsem i hiszpańskim hippisom z dreadlokami. Maroko, kraj mieszających się kultur, kraj wielu muzycznych inspiracji, które wzbogaciły i cały czas bogacą światową muzykę, także tą nowoczesną, a jednocześnie przyjazne i dość liberalne państwo, to dobre miejsce żeby poeksperymentować trochę z egzotycznymi brzmieniami, żeby zobaczyć jak muzykalni przecież mieszkańcy Maghrebu reagują na elektroniczne i akustyczne dziwactwa, inspirowane także przecież ich kulturą.

 

I

 

Jechaliśmy w piątkę. To bardzo umowne stwierdzenie, bo w zasadzie prowadzili jedynie Łukasz i Blady, a trudno też rzec czy więcej w tym wszystkim było jechania czy też postojów, tankowań, zapychań po szybkim i permanentnym zgonie mechanizmu zapłonu już w Niemczech. Przez Francję po podłodze wehikułu turlały się opakowania oleju spożywczego, znakomitego taniego substytutu ropy dla naszego żarłocznego diesla, oraz flaszki wina i paczki po śmierdzącym jak skarpety pleśniowym serze.

W Barcelonie skomplikowany manewr parkowania w ciasnych i pełnych karłowatych samochodów uliczkach w okolicach domu dobrych znajomych Bladego okazał się tak męczący, że w mieście tym wypoczywaliśmy trzy dni, aby wreszcie rozbujać się i rozpędzić pokrętnym jak kamienice Gaudiego systemem darmowych dróg publicznych i wzdłuż wybrzeża doturlać na przystań promową w Algeciras. Przezornie ulokowaliśmy majestatycznego Mercedesa z tyłu wszystkich samochodów żeby nie blokować wyjazdu sfrustrowanym Marokańcom gdy na afrykańskim już brzegu trzeba będzie wypchnąć go na zewnątrz, i poszliśmy na pokład wypatrywać tratw z uchodźcami z Afryki przeprawiających się do Europy. Niestety żadnych nie było.

 

II

 

Jeżeli oczekujecie w tym miejscu dalszej szczegółowej narracji, jaka modna jest w relacjach z wypraw, gdzie przejęci autorzy wyliczają kolejne kilometry i ceny wytargowanych buł z kebabem oraz dzień po dniu swoje problemy z trawieniem, niestety, nie ma na to szans, jakakolwiek linearność i chronologia zaćmione są warstwą lenistwa, używek, pomylonych dróg i absurdalnych decyzji. Nie tylko lenistwo, ale i wrodzony strach przed nudą wynikającą z czytania ( i snucia zresztą też ) takich historyjek spowodują teraz, że opowiem teraz po prostu o fajnym miejscu. To farma wujka Alego, nazywam go wujkiem, bo znamy się dobrze jeszcze z mojej poprzedniej wizyty w Maroku. Kiedy nasz wielki jak dom z mediny Mercedes zajeżdża na zatłoczony bardziej niż zwykle ryneczek w Ketamie, stolicy regionu w górach Rif słynącego z zielonych lasów śródziemnomorskich i jeszcze bardziej zielonych pól marihuany, wujek Ali pojawia się jak z podziemi. Zastanawiam się właściwie czy częste a w zasadzie ustawiczne palenie haszyszu nie obdarzyło go jakiś sekretnym zmysłem jasnowidzenia, bo przecież mieszka w Tleta Ketama, wiosce położonej o kilka kilometrów stąd w górach, i większość czasu dogląda swojej farmy oraz obficie zaopatrzonego spichlerza. Spotkanie po latach jest bardzo miłe i oczywiście już wiadomo gdzie będziemy nocować podczas naszego pobytu w Ketamie. Jeden dzień tylko, planujemy sobie, ale ja doskonale wiem, że kto wpadnie w sidła wujka Alego, kto raz usłyszy jego diaboliczno – absurdalny haszyszowy chichot, ten mniej jak po pełnych trzech dniach i i nocach z farmy się nie wydostanie. Na miejscu reszta rozbójników, czyli troszkę ociężały siostrzeniec, który chętnie posłuchałby Michaela Jacksona, niestety tego w naszej kolekcji płyt nie mamy, poza tym liczni krewni i znajomi królika, a w czasie wieczornej zabawy jaką urządzamy, połowa wioski, włącznie z tradycyjnie poubieranymi kobietami. Te zadowolone klaszczą, gdy z głośników podajemy arabskie przeboje na życzenia a ich kuzyni walą w przejęte od Łukasza conga, jednocześnie próbując wydzierać się do jedynego sprawnego mikrofonu. Niestety brak przenośnego profesjonalnego ochroniarza daje się teraz mocno we znaki, ale kto tu mówił o profesjonalizmie. Zabawa rozkręca się trochę bardziej, kiedy jednak lokalne dziewuchy podejmują próby taneczne z djami z zamorskiego kraju, upalony jak zwykle wujek Ali wkracza jako stróż moralności i pod pretekstem jakieś nikomu nie znanej chorej babci zmusza do zwolnienia tempa i przerzucenia się na bardziej ambientowe dźwięki. W sumie nie jest to takie ważne, impreza się udała, krótka i intensywna, a ostatnie głębokie duby miło rozbrzmiewają w zimnym powietrzu górskiej doliny.

 

III

 

Trwa ramadan i wolno tutaj jeść dopiero po zmroku, wtedy też rozpoczynamy nasze imprezy. Na początku wszyscy patrzą na nas nieufnie, kiedy zajeżdżamy do wsi półciężarówką mercedesa, kiedy szukamy miejsca i negocjujemy warunki, czy to na parkingu przy odludnej stacji benzynowej, czy w ruinach warownej kasby, na górskiej plantacji marihuany lub w kawiarni dla turystów na skraju wodospadów. Potem wyładowanie sprzętu, rozstawiamy głośniki, instrumenty, przeciągamy kable, bezustannie obserwowani przez rosnący tłumek dzieciaków. Cały czas się uczymy, wiemy już, że czarne namioty nomadów, o ile w pobliżu jest jakieś źródło prądu, to świetne miejsce do grania, pod warunkiem, że publika nie zacznie tańczyć na wysuszonej ziemi wzbijając tumany kurzu pokrywające wzmacniacz, mikser, płyty, nasze twarze. Wiemy już, że nie powinniśmy bawić się zbyt blisko meczetu, inaczej za każdym wezwaniem muezzina na kolejne modły będziemy musieli mocno ściszyć naszą muzykę, wiemy, że dobrze zacząć przed zachodem słońca, ale ludzie zaczną pojawiać się po pierwszym dozwolonym w czasie ramadanu posiłku.

 

IV

 

Z upływem czasu podobne imiona i podobne twarze zlewają się coraz bardziej. Jak nazywał się ten niski korpulentny właściciel knajpy w Chefchaoen, tuż pod kasbą, naprzeciw meczetu, uosobienie arabskiej handlowej przebiegłości, który gdy widział że zapełnia się knajpa turystami zwabionymi przez nasze dźwięki donosił nam jakieś nadziewane gołąbki, kiedy zaś interes siadał, z zatroskaną miną nagabywał o nieustanne puszczenie polskiej przeróbki znanego hitu Aisha.  Nawet jego twarz zaciera się, upodabnia do dziesiątek innych spotykanych podczas takiej włóczęgi, każąc się zastanowić nad sensem takiego poznawania ludzi. Ale przecież wujek Ali pamiętał, więc pewnie serdecznie podstępny czy też podstępnie serdeczny oberżysta też z otwartymi ramionami by nas znowu przyjął, tak, to są mili i łatwi w pierwszym kontakcie ludzie, inna rzecz co się kryje pod tą maską i co gdyby rozpocząć poważniejszą współpracę niż tylko na wpół charytatywną muzyczną błazenadę za jedzenie i miętową herbatkę. Jakże inne w porównaniu z takim jest obcowanie ze zeuropeizowanym właścicielem ekskluzywnej kawiarni w Fezie, negocjującym zatrudnienie nas na czas Ramadanu ( dj-e z Europy, egzotyczna maskotka a może światowa rozrywka ). Garnitur, liczby, sumy, kontrakt, godziny, a przecież my od takich formalności mamy wakacje, przed tym uciekamy jak zresztą wielu innych Europejczyków przeprowadzających się do Afryki, po to żeby wpaść w jeszcze większy gąszcz przepisów i regulacji, jeżeli tylko jakiś bardziej skomplikowany projekt usiłują przeprowadzić. Nie, dziękujemy, zastanowimy się, ale tak szczerze to wolimy ruszać dalej na południe, w gorące powietrze i zasuszone labirynty małych miasteczek, tak, może jesteśmy trochę nienormalni ale od pana kawiarni z toaletami we francuskim stylu wolimy obsikane przez pokolenia kotów i ludzi parkingi na tyłach meczetu Koutobia w Marakeszu czy rozpalone oazy w Antyatlasie, od kasy za występ dla nudnych frankofilów żywiołową reakcję dzieciaków nomadów. Bo kasa jest przyjemna, jasne, pozwala na kupno wielu pysznych jogurtów i mlecznych szejków z awokado, ale trzeba się dla niej spinać, a spinanie się to ostatnia czynność z jaką kojarzyć można by Manana Sound System.

 

Nazwa naszej ekspedycji, zespołu, kolektywu czy jakkolwiek by to inaczej nazwać, a przecież poważna ekspedycja w dzisiejszych czasach bez nazwy obejść się nie może, to właśnie Manana Sound System. Ten drugi człon, sound system, oznacza skomplikowaną i zmieniającą się bezustannie konfigurację sprzętu nagłośnieniowego, odtwarzaczy, darabuk, cong, timbalesów, przeszkadzajek, pomagajek a nawet plastikowych budzików z Arabii Saudyjskiej na zawołanie krzyczących głosem muezzina, no i obsługujących to wszystko artystów improwizatorów, czy jak sami siebie określiliśmy „spontanicznych profesjonalistów”. Łukasz „Śliwa” stukający i pukający we wszystko co się da , napędzany jakimś przedziwnym koktajlem energetycznym z poukrywanych chyba gdzieś pod materacem red bulli, porannej kawy i świeżego powietrza, bezustannie próbujący zdynamizować muzyczną sytuację. Piotr „Blady”, operator zacinających się odtwarzaczy, bombardujący zszokowanych Marokańczyków mieszaniną latynoskich reggaetonów, hitów z Algierii i przebojów Franka Kimono, nasz specjalista od absurdalizacji wieczoru. Kuba „Dziki”, również poklepujący bębenki oraz selekcjonujący koneserskie techno dźwięki o późnej godzinie nocnej, kiedy tyrania pozostałych quasi djów, włącznie z niżej podpisanym, pozwoli mu na przejęcie sprzętu. No i Julia, jedyna kobieta w ekipie, przyciągająca nam zaciekawioną publiczność niestety głównie męską, no ale tak już w tym kraju musi być. Po imprezach, a czasem zamiast, pomieszczeni na licznych łóżkach wkomponowanego w białą architekturę marokańskich miasteczek kwadratowego Mercedesa, lub na dachu pod pustynnym niebem, czy w hamaku pod sąsiednią palmą, w ciepłym powietrzu późnego północnoafrykańskiego lata, z muzyką nawet teraz sączącą się z samochodowego radia, czekamy na rano, aby potoczyć się wraz z kilogramami sprzętu, już za tańszą benzynę, coraz bardziej na południe, do kolejnych miasteczek i wiosek na trasie naszego improwizowanego tournee. Manana Sound System. Pierwszy człon tej nazwy, „manana” znaczy jutro. Nie tylko w sjestującej Hiszpanii znają to słowo. Maroko, jak wiele innych krajów gorącego, leniwego południa to miejsce gdzie wiele rzeczy dzieje się jutro, potem, za chwilę, i bardzo nam to pasuje. Dlatego tak też się nazwaliśmy, nagabywani przez któregoś z kolei Marokańczyka o to jak się zwie nasza grupa i jaki związek reprezentujemy.

 

V

 

Powoli zauważamy nie wszędzie ta sama muzyka jest odbierana tak samo. W miejscach częściej odwiedzanych przez turystów, zwłaszcza takich z długimi dreadlockami, przez hippisów w vanach uciekających przed europejską zimą coraz dalej na południe , na jesień do Maroka, a potem do Mauretanii i dalej, tam chętniej widziane są reggae rytmy a młodzi Berberzy w koszulkach z Marleyem nad wodospadami Ouzoud w zasadzie głównie o to proszą. Trochę inaczej sprawa ma się gdzieś w małej berberyjskiej wiosce w górach czy na skraju Sahary, gdzie klaszczący rytmicznie w dłonie nomadzi żywiołowo reagują na wszelkie proste rytmy – etniczny afro house, latynoskie merengue, prosta, dyskotekowa hinduska bhangra a przede wszystkim, co zrozumiałe, elektroniczne wersje plemiennych rytmów Maghrebu, taneczne remiksy które przywozimy z Europy, odwracając nieco kierunek wędrówki muzycznych prądów i inspiracji w epoce fuzji i wzrastającej popularności world music.

 

Dorabiamy być może w ten sposób odrobinę ideologii do naszego przedsięwzięcia, ale to co dzieje się w przemyśle muzycznym niewiele różni się od procesów zachodzących w innych dziedzinach światowej gospodarki od lat eksploatującej zasoby Trzeciego Świata, chętnie czerpiącej z muzycznego dziedzictwa innych kontynentów, bo tego chcą konsumenci w krajach zachodu, a to ich przecież stać na drogie płyty a nie ubogich Marokańczyków, którzy często kochają np. reggae, ale znają i mają do dyspozycji bardzo niewiele nagrań tej tak związanej przecież z Afryką muzyki. Młodzież w klubach Londynu czy Amsterdamu chętnie tańczy do pełnej arabskich sampli muzyki, ale przecież to nie autorzy tych dźwięków, nie wirtuozi z pustyni na tym się dorabiają, to nie ci świetni bębniarze z placu Djemaa El Fnaa w Marakeszu przygrywają za kilkaset euro za wieczór w europejskich klubach. Poza kilkoma składankami Buddha Baru tego typu muzyka jest tutaj nieznana, a przecież jesteśmy tak niedaleko od Europy i mimo że oczywiście tradycyjne, lokalne hity wywołują najbardziej żywiołową reakcję to i nowoczesna taneczna muzyka, jaką prezentujemy jest chętnie kopiowana i co chwile słyszymy pytania o tytuł kawałka od zafascynowanych tubylców.

 

No ale w końcu to jeden z głównych celów naszej ekspedycji, podzielenie się muzyką, która nie powstałaby bez arabskiego czy afrykańskiego dziedzictwa i inspiracji, a teraz z powodów nierówności globalnej ekonomii nie jest tu u źródła dostępna, a jeśli już, to w najgorszej masowej postaci, resztek z zachodniego stołu, odpadków ściekających tu i ówdzie przez satelitarne anteny transmitujące żałosne kabarety Eminema czy disco-popowe gwiazdeczki z Egiptu.

 

 

VI

 

 

Potańcówki dla dzieciaków z górskiej wioski, przygrywanie na samotnych stacjach benzynowych na środku pustyni, umilanie czasu hippisom palących fajki wodne w kawiarniach nad oceanem czy latynoskie piosenki dla nostalgicznie zakochanych w Hiszpanii bywalców lokalu Real Madrid w Sidi Ifni, każdy dzień wydaje się inny, czasami jesteśmy gdzieś tylko przez kilka godzin, a czasem, jak w magicznej oazie Akka w Antyatlasie, gdzie turyści zwykle nie docierają a życie toczy się niezwykle powoli, grzęźniemy na kilka dni. Splot niecodziennych wydarzeń i brak planów, a raczej nieustanna nad nimi dyskusja i modyfikacja, nieprzewidywalność włóczęgi, jakże odmnienna od profesjonalnych tournee zespołów muzycznych czy zawziętej sportowej niemalże eskapady jakie i z Polski do Maroka czasem wyruszają, bo przecież żadną z nich nasza przygoda nie jest. To pozbawione ekonomicznego uzasadnienia przedsięwzięcie, szwendanie się po tylnych uliczkach świata, po cuchnących moczem parkingach, nikomu niepotrzebnych, pozbawionych atrakcji turystycznych wioskach, miejscach jakby z premedytacją wybieranych pod kątem braku możliwości na pytanie „czemu akurat” tam.

Oczywiście, mamy mapę, i palcem po niej wędrujemy, obliczając przebyte i do przebycia pozostałe kilometry, kalkulując paliwo i czas, ale to wszystko jakby dla pretekstu.

Ignorancja, to również, kiedy z entuzjazmem domorosłych reporterów wybieramy się na Saharę Zachodnią, kierowani kilkoma zdaniami o obozach uchodźców źle przeczytanymi w przewodniku, bo przecież ciemiężeni Saharawwi uciekli przed Marokańczykami na algierską hammadę. Naiwność, kiedy myślimy, że będziemy mogli dla tych ludzi, dla mieszkańców slumsów w Laayoune zagrać, kiedy tymczasem marokańska tajna policja pojawia się po kilkunastu minutach naszej tam obecności i przymusowo eskortuje nas poza granice miasta.

Ale chyba warto, chociażby zobaczyć na wpół zdziwione a na wpół uradowane twarze tych ludzi, którymi nikt się nie interesuje, a nawet jeśli jakiś zagraniczny dziennikarz się w takie miejsce zaplącze, szybko jest deportowany przez niedopuszczającego na świat prawdy marokańskiego okupanta. Więc może warto, dla takich ludzi, z ich problemami mało ważnymi dla świata, dla nich zapuszczać się w te zabite dyktą i blachą falistą dziury zapuszczać się, aby posłuchać, a może nawet opowiedzieć ich małą historię. Może warto, by akurat tu, w tym miejscu artykułu wspomnieć o sprawie Sahary Zachodniej, tragedii dziejącej się od lat, i teraz w tej chwili też, niestety jednak tragedii o dużo gorszym publicity niż na przykład sprawa tybetańska.

O szczegółach chętni dowiedzą się ze strony prowadzonej przez saharyjską diasporę, www.wsahara.net , pełnej brutalnych, z dokładnoscią archiwisty dowodów polityki marokańskiego rządu na okupowanej ziemi. Trzeba jednak o tym mówić, i to powtarzać, bo kto przecież w Polsce wie o tym, że największy mur na ziemi znajduje się właśnie na Zachodniej Saharze, a nie w Chinach, odgradzając uchodźców wygnanych ze swej ojczyzny od bogactw naturalnych i miast eksploatowanych przez Marokańczyków. Mur zbudowano przy pomocy USA, od Amerykanów kupowane samoloty pomagały tez spuszczać napalm na uciekających na pustynię prawowitych mieszkańców tych ziem, w tym kobiety i dzieci, aż zapędzono ich na algierską stronę, gdzie znaleźli schronienie w jednym z najbardziej niegościnnych i trudnych do zamieszkania regionów świata. Ale to dzieci pustyni, dla nich jest to matka przychylniejsza i tak bardziej niż światowa polityka, nie kierująca się przecież nigdy interesem mieszkańców namiotów, brudnych zaułków i obszczanych parkingów.  Więc jeśli afrontem dla przyzwoitości jest fakt, że jeden z najbardziej odwiedzanych przez turystów afrykańskich krajów cały czas dokonuje prześladowań, porywa aktywistów aż znikają bez śladu, wyrzuca zainteresowanych tym nielicznych dziennikarzy i śmieje się z postanowień ONZ, i ci wszyscy turyści za rączkę prowadzeni od kurortu w Agadir przez wąskie uliczki Marakeszu nic o tym nie wiedzą i wiedzieć pewnie nie chcą, to zadaniem ludzi, którzy robią wszystko na opak, odmieńców i dziwaków jakich co nieco przemierza afrykańskie drogi, naszym zadaniem jest właśnie w takie miejsca jechać by istniały w czyjejś jeszcze pamięci poza własną ich mieszkańców.

 

VII

 

Coraz dalej jedziemy na południe i coraz więcej saharyjskiego piasku dostaje się szczelinami do samochodu, pokrywając sprzęt, który zaczynamy chronić plastikowymi workami. Noce, jak to na pustyni, chłodne, ale dni w przyjemnie grzejącym słońcu pozwalają zapomnieć że to połowa października, tam w Europie ludzie w chłodnym deszczu podążają o świcie do pracy a my , po ramadanowym śniadaniu, ostatnim dozwolonym posiłku przed wschodem słońca, kładziemy się spać do hamaków w cieniu palm. Dla tych z nas, którzy ukłuci żądłem włóczęgostwa zostali już od niego uzależnieni osiadły tryb życia jest coraz trudniejszy do zaakceptowania, to niczym odwyk dla uzależnionych, trudno długo wytrzymać na miejscu. Teraz niestety będziemy musieli zawracać, my już do Mauretanii nie pojedziemy, ale to ważne znać swoje ograniczenia, czasowe czy finansowe, bo taka wyprawa łatwo i często może zamienić się w szaleńczą galopadę przez miejsca postojów, parkingów i tankowań, po to tylko żeby powiedzieć o przejechanych kilometrach, wbić szpilki w mapę podbitych krajów i zadowolić sponsorów.

 

Wracamy przez cywilizowaną bardziej część Maroka, przez Agadir,  Safi, przemysłowe okolice Youssoufii, przez kraj wysuszony, pokryty pyłem, szlakiem wielkich stacji benzynowych, warsztatów samochodowych i ponurych kopalń aż nadto przypominający to co czeka nas w Europie, pasmo toczących się setkami kilometrów dobrych dróg wzdłuż dobrych supermarketów, przewidywalna nuda, w świecie gdzie muzykę grają zawodowcy a nie spontaniczni profesjonaliści, nie cyganie już a wykonawcy, w świecie gdzie na koncert idzie się do klubu a nie pod drzewo na skrzyżowaniu dróg. Coraz silniejsza świadomość, że wycieczka do Afryki może być wyprawą w czasie, wyprawą wstecz oczywiście, i że właśnie z takiej wracamy.

 

 

Polska – Maroko, wrzesień – listopad 2005

 

 

Informacje praktyczne

 

Jeżeli chce się oszczędzić pieniądze, warto mieć dużo czasu. To prawda aktualna w całej Afryce, w naszym wypadku chodzi głównie o koszt dojazdu, jeśli już jedzie się takim żarłocznym wehikułem, warto trochę posiedzieć na miejscu, żeby ten koszt rozłożył się na większy okres.

 

Nie warto kupować przeprawy promowej w dwie strony. Zrobiliśmy tak w Algeciras i myśleliśmy że na tym zyskaliśmy, ale przy powrocie okazało się że raczej żeśmy stracili, bo firma obsługująca prom na jaki mieliśmy bilet przestała działać i musieliśmy oddać go za znikomą cześć wartości i kupić nowe.

 

Spanie w samochodzie, zwłaszcza kempingowym z łóżkami to ogromna oszczędność, wygoda i przyjemność posiadania hotelu na kółkach ustawianego w dowolnych wspaniałych lokalizacjach. Gotować można też u siebie, zwłaszcza w wypadku wegetarian jakim kuchnia marokańska ma niewiele do zaproponowania, ale nam jakoś się nie chciało, być może z powodu gorącego klimatu idealnego na soki, jogurty a nie ciężkie potrawy.

 

Paliwo – tańsze niż w Europie, jakieś 0,7 Euro za diesla, na Saharze Zachodniej jeszcze mniej. Warto jednak, gdy dużo zużywamy, wozić ze sobą zapas, nie zawsze są możliwości zatankowania, a i ocena pozostałego w zbiorniku jest trudna, gdy jak w naszym wypadku, wskaźnik paliwa to kolejny z niedziałających elementów. Na dojazd przez Europę, dla posiadaczy silników dieslowych, polecamy olej słonecznikowy, dostępny w przydrożnych supermarketach za jakieś 70% ceny ropy.

 

Woda – przydaje się duży plastikowy baniak, wtedy, zwłaszcza na suchym południu stajemy się naprawdę niezależni, mamy czym umyć ręce, naczynia, zagotować herbatkę ( o, tego sporo, a potem siup w termos i zapas na drogę aby zwilżać wiecznie wysuszone gardło ) czy wreszcie napełnić fajkę wodną. Co tu dużo tłumaczyć, w Afryce zwłaszcza woda to życie.

 

Kierowanie – u nas było dwóch sprawnych kierowców, trzeci poważnie przyśpieszyłby przemieszczanie, zwłaszcza podczas nudnego dojazdu przez Europę gdzie spokojnie można jechać w nocy, i śpiący oraz kierowcy zmieniają się co kilka godzin.

 

Używki  - alkohol bardzo trudno dostępny i drogi w Maroku, uzależnieni powinni zaopatrzyć się w Europie, pamiętając jednak o ograniczeniach wwozu. Kawa to podstawa rozruchu porannego, kawiarnie ze słodkim Nescafe a czasem i espresso są wszędzie. Haszysz popularny jest głównie na północy kraju, trzeba uważać nie tylko na wyjeździe z Maroka i na drodze do Europy ( bardzo skrupulatne lotne kontrole zwłaszcza w Niemczech, włącznie z chemiczną analizą śladów na kierownicy ) ale i opuszczając region Rif gdzie najwięcej jest plantacji.

 

Policja w Maroku – mitem okazały się pogłoski o problemach, poza stacjonarnymi checkpointami na południu, jakiekolwiek zatrzymania mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki, i to zawsze bezproblemowe. Na wszelki wypadek woziliśmy ze sobą nowy numer kolorowego magazynu marokańskiej policji jako sympatyczny bakszysz.