PROLOG
Stary van,
jakim jechaliśmy, odkupiony od Teatru Ósmego Dnia, to na pewno nie typowy
samochód ekspedycyjny na Afrykę, do jakiego przyzwyczaiły was obrazy rajdów
przez pustynię czy nawet prywatnych eskapad coraz liczniejszych także wśród
polskich zmotoryzowanych globtroterów. Jednakże ta wyprawa była nieco odmienna,
a poza tym, cokolwiek by nie powiedzieć o pojazdach poruszających się po
umownie nazywając ”drogach Afryki”, na pewno nie grzeszą one nudą i jednakim
wyglądem. W przebudowanym mercedesie, białej, monumentalnej budzie
na kółkach spędzić mieliśmy w 5 osób 2 miesiące, spać tam, pchać go i spychać z
górki jego ociężałe i nie końca sprawne cielsko, gotować, pić, palić, czytać,
tańczyć, obrabiać zdjęcia, bezustannie wyciągać coś, wkładać, pakować i
rozpakowywać. Tego czegoś nazbierało się sporo, korzystaliśmy z komfortu, jaki
daje podróżowanie własnym domem na kółkach, jakże inne od dotychczasowych
autostopowo – autobusowych tułaczek większości naszej ekipy. Przede wszystkim
jednak sporo było muzycznego sprzętu, bo ideą tej eskapady było zrobienie
czegoś więcej niż trasy od zabytku do zabytku przeplatanej wąchaniem spalin na
kolejnych stacjach benzynowych. Jechaliśmy do Maroka robić imprezy, grać sobie
z dziwnymi ludźmi, z lokalnymi muzykami, dla wioskowych społeczności urządzać
dyskoteki, umilać czas sączącym miętową herbatkę upalonym panom z wąsem i
hiszpańskim hippisom z dreadlokami. Maroko, kraj
mieszających się kultur, kraj wielu muzycznych inspiracji, które wzbogaciły i
cały czas bogacą światową muzykę, także tą nowoczesną, a jednocześnie przyjazne
i dość liberalne państwo, to dobre miejsce żeby poeksperymentować trochę z
egzotycznymi brzmieniami, żeby zobaczyć jak muzykalni przecież mieszkańcy
Maghrebu reagują na elektroniczne i akustyczne dziwactwa, inspirowane także
przecież ich kulturą.
I
Jechaliśmy w piątkę. To bardzo umowne
stwierdzenie, bo w zasadzie prowadzili jedynie Łukasz i Blady, a trudno też
rzec czy więcej w tym wszystkim było jechania czy też postojów, tankowań, zapychań po szybkim i permanentnym zgonie mechanizmu
zapłonu już w Niemczech. Przez Francję po podłodze wehikułu turlały się
opakowania oleju spożywczego, znakomitego taniego substytutu ropy dla naszego
żarłocznego diesla, oraz flaszki wina i paczki po śmierdzącym jak skarpety
pleśniowym serze.
W Barcelonie skomplikowany manewr
parkowania w ciasnych i pełnych karłowatych samochodów uliczkach w okolicach
domu dobrych znajomych Bladego okazał się tak męczący, że w mieście tym
wypoczywaliśmy trzy dni, aby wreszcie rozbujać się i rozpędzić pokrętnym jak
kamienice Gaudiego systemem darmowych dróg
publicznych i wzdłuż wybrzeża doturlać na przystań promową w Algeciras. Przezornie ulokowaliśmy majestatycznego
Mercedesa z tyłu wszystkich samochodów żeby nie blokować wyjazdu sfrustrowanym Marokańcom gdy
na afrykańskim już brzegu trzeba będzie wypchnąć go na zewnątrz, i poszliśmy na
pokład wypatrywać tratw z uchodźcami z Afryki przeprawiających się do Europy.
Niestety żadnych nie było.
II
Jeżeli oczekujecie w tym miejscu
dalszej szczegółowej narracji, jaka modna jest w relacjach z wypraw, gdzie
przejęci autorzy wyliczają kolejne kilometry i ceny wytargowanych buł z kebabem
oraz dzień po dniu swoje problemy z trawieniem, niestety, nie ma na to szans,
jakakolwiek linearność i chronologia zaćmione są warstwą lenistwa, używek,
pomylonych dróg i absurdalnych decyzji. Nie tylko lenistwo, ale i wrodzony
strach przed nudą wynikającą z czytania ( i snucia zresztą też
) takich historyjek spowodują teraz, że opowiem teraz po prostu o fajnym
miejscu. To farma wujka Alego, nazywam go wujkiem, bo znamy się dobrze jeszcze
z mojej poprzedniej wizyty w Maroku. Kiedy nasz wielki jak dom z mediny
Mercedes zajeżdża na zatłoczony bardziej niż zwykle ryneczek w Ketamie, stolicy regionu w górach Rif
słynącego z zielonych lasów śródziemnomorskich i jeszcze bardziej zielonych pól
marihuany, wujek Ali pojawia się jak z podziemi. Zastanawiam
się właściwie czy częste a w zasadzie ustawiczne palenie haszyszu nie obdarzyło
go jakiś sekretnym zmysłem jasnowidzenia, bo przecież mieszka w Tleta Ketama, wiosce położonej o
kilka kilometrów stąd w górach, i większość czasu dogląda swojej farmy oraz
obficie zaopatrzonego spichlerza. Spotkanie po latach jest bardzo miłe i
oczywiście już wiadomo gdzie będziemy nocować podczas naszego pobytu w Ketamie. Jeden dzień tylko, planujemy sobie, ale ja
doskonale wiem, że kto wpadnie w sidła wujka Alego, kto raz usłyszy jego
diaboliczno – absurdalny haszyszowy chichot, ten mniej jak po pełnych trzech
dniach i i nocach z farmy się nie wydostanie. Na
miejscu reszta rozbójników, czyli troszkę ociężały siostrzeniec, który chętnie
posłuchałby Michaela Jacksona, niestety tego w naszej kolekcji płyt nie mamy,
poza tym liczni krewni i znajomi królika, a w czasie wieczornej zabawy jaką urządzamy, połowa wioski, włącznie z tradycyjnie
poubieranymi kobietami. Te zadowolone klaszczą, gdy z głośników podajemy
arabskie przeboje na życzenia a ich kuzyni walą w
przejęte od Łukasza conga, jednocześnie próbując
wydzierać się do jedynego sprawnego mikrofonu. Niestety brak przenośnego
profesjonalnego ochroniarza daje się teraz mocno we znaki, ale kto tu mówił o
profesjonalizmie. Zabawa rozkręca się trochę bardziej, kiedy jednak lokalne
dziewuchy podejmują próby taneczne z djami z
zamorskiego kraju, upalony jak zwykle wujek Ali wkracza jako stróż moralności i
pod pretekstem jakieś nikomu nie znanej chorej babci
zmusza do zwolnienia tempa i przerzucenia się na bardziej ambientowe
dźwięki. W sumie nie jest to takie ważne, impreza się udała, krótka i
intensywna, a ostatnie głębokie duby miło rozbrzmiewają w zimnym powietrzu
górskiej doliny.
III
Trwa ramadan i wolno tutaj jeść dopiero po zmroku, wtedy też
rozpoczynamy nasze imprezy. Na początku wszyscy patrzą na nas nieufnie, kiedy
zajeżdżamy do wsi półciężarówką mercedesa, kiedy szukamy miejsca i negocjujemy
warunki, czy to na parkingu przy odludnej stacji benzynowej, czy w ruinach
warownej kasby, na górskiej plantacji marihuany lub w
kawiarni dla turystów na skraju wodospadów. Potem wyładowanie sprzętu, rozstawiamy
głośniki, instrumenty, przeciągamy kable, bezustannie obserwowani przez rosnący
tłumek dzieciaków. Cały czas się uczymy, wiemy już, że czarne namioty nomadów,
o ile w pobliżu jest jakieś źródło prądu, to świetne miejsce do grania, pod
warunkiem, że publika nie zacznie tańczyć na wysuszonej ziemi wzbijając tumany
kurzu pokrywające wzmacniacz, mikser, płyty, nasze twarze. Wiemy już, że nie
powinniśmy bawić się zbyt blisko meczetu, inaczej za każdym wezwaniem muezzina
na kolejne modły będziemy musieli mocno ściszyć naszą muzykę, wiemy, że dobrze
zacząć przed zachodem słońca, ale ludzie zaczną pojawiać się po pierwszym
dozwolonym w czasie ramadanu posiłku.
IV
Z upływem czasu podobne imiona i
podobne twarze zlewają się coraz bardziej. Jak nazywał się ten niski
korpulentny właściciel knajpy w Chefchaoen, tuż pod kasbą, naprzeciw meczetu, uosobienie arabskiej handlowej
przebiegłości, który gdy widział że zapełnia się knajpa turystami zwabionymi
przez nasze dźwięki donosił nam jakieś nadziewane gołąbki, kiedy zaś interes
siadał, z zatroskaną miną nagabywał o nieustanne puszczenie polskiej przeróbki
znanego hitu Aisha. Nawet jego twarz
zaciera się, upodabnia do dziesiątek innych spotykanych podczas takiej włóczęgi,
każąc się zastanowić nad sensem takiego poznawania ludzi. Ale przecież wujek
Ali pamiętał, więc pewnie serdecznie podstępny czy też podstępnie serdeczny
oberżysta też z otwartymi ramionami by nas znowu przyjął, tak, to są mili i
łatwi w pierwszym kontakcie ludzie, inna rzecz co się
kryje pod tą maską i co gdyby rozpocząć poważniejszą współpracę niż tylko na
wpół charytatywną muzyczną błazenadę za jedzenie i miętową herbatkę. Jakże inne
w porównaniu z takim jest obcowanie ze zeuropeizowanym właścicielem
ekskluzywnej kawiarni w Fezie, negocjującym zatrudnienie nas na czas Ramadanu (
dj-e z Europy, egzotyczna maskotka a może światowa rozrywka ). Garnitur, liczby, sumy, kontrakt, godziny, a
przecież my od takich formalności mamy wakacje, przed tym uciekamy jak zresztą
wielu innych Europejczyków przeprowadzających się do Afryki, po to żeby wpaść w
jeszcze większy gąszcz przepisów i regulacji, jeżeli tylko jakiś bardziej
skomplikowany projekt usiłują przeprowadzić. Nie, dziękujemy, zastanowimy się,
ale tak szczerze to wolimy ruszać dalej na południe, w gorące powietrze i
zasuszone labirynty małych miasteczek, tak, może jesteśmy trochę nienormalni ale od pana kawiarni z toaletami we francuskim
stylu wolimy obsikane przez pokolenia kotów i ludzi parkingi na tyłach meczetu Koutobia w Marakeszu czy rozpalone oazy w Antyatlasie, od kasy
za występ dla nudnych frankofilów żywiołową reakcję dzieciaków nomadów. Bo kasa
jest przyjemna, jasne, pozwala na kupno wielu pysznych jogurtów i mlecznych
szejków z awokado, ale trzeba się dla niej spinać, a spinanie się to ostatnia czynność z jaką kojarzyć można by Manana
Sound System.
Nazwa naszej ekspedycji, zespołu,
kolektywu czy jakkolwiek by to inaczej nazwać, a przecież poważna ekspedycja w
dzisiejszych czasach bez nazwy obejść się nie może, to właśnie Manana Sound System. Ten drugi
człon, sound system, oznacza skomplikowaną i
zmieniającą się bezustannie konfigurację sprzętu nagłośnieniowego, odtwarzaczy,
darabuk, cong, timbalesów, przeszkadzajek, pomagajek a nawet plastikowych budzików z Arabii
Saudyjskiej na zawołanie krzyczących głosem muezzina, no i obsługujących to
wszystko artystów improwizatorów, czy jak sami siebie określiliśmy
„spontanicznych profesjonalistów”. Łukasz „Śliwa” stukający i pukający we
wszystko co się da , napędzany jakimś przedziwnym
koktajlem energetycznym z poukrywanych chyba gdzieś pod materacem red bulli,
porannej kawy i świeżego powietrza, bezustannie próbujący zdynamizować muzyczną
sytuację. Piotr „Blady”, operator zacinających się odtwarzaczy, bombardujący
zszokowanych Marokańczyków mieszaniną latynoskich reggaetonów,
hitów z Algierii i przebojów Franka Kimono, nasz specjalista od absurdalizacji wieczoru.
V
Powoli zauważamy nie wszędzie ta sama muzyka jest odbierana tak
samo. W miejscach częściej odwiedzanych przez turystów, zwłaszcza takich z długimi
dreadlockami, przez hippisów w vanach
uciekających przed europejską zimą coraz dalej na południe , na
jesień do Maroka, a potem do Mauretanii i dalej, tam chętniej widziane są
reggae rytmy a młodzi Berberzy w koszulkach z Marleyem
nad wodospadami Ouzoud w zasadzie głównie o to
proszą. Trochę inaczej sprawa ma się gdzieś w małej berberyjskiej wiosce w
górach czy na skraju Sahary, gdzie klaszczący rytmicznie w dłonie nomadzi
żywiołowo reagują na wszelkie proste rytmy – etniczny afro house,
latynoskie merengue, prosta, dyskotekowa hinduska bhangra a przede wszystkim, co zrozumiałe, elektroniczne
wersje plemiennych rytmów Maghrebu, taneczne remiksy które przywozimy z
Europy, odwracając nieco kierunek wędrówki muzycznych prądów i inspiracji w
epoce fuzji i wzrastającej popularności world music.
Dorabiamy być może w ten sposób odrobinę ideologii do naszego
przedsięwzięcia, ale to co dzieje się w przemyśle
muzycznym niewiele różni się od procesów zachodzących w innych dziedzinach
światowej gospodarki od lat eksploatującej zasoby Trzeciego Świata, chętnie czerpiącej
z muzycznego dziedzictwa innych kontynentów, bo tego chcą konsumenci w krajach
zachodu, a to ich przecież stać na drogie płyty a nie ubogich Marokańczyków,
którzy często kochają np. reggae, ale znają i mają do
dyspozycji bardzo niewiele nagrań tej tak związanej przecież z Afryką muzyki.
Młodzież w klubach Londynu czy Amsterdamu chętnie tańczy do pełnej arabskich sampli muzyki, ale przecież to nie autorzy tych dźwięków,
nie wirtuozi z pustyni na tym się dorabiają, to nie ci świetni bębniarze z placu Djemaa El Fnaa w Marakeszu przygrywają za kilkaset
euro za wieczór w europejskich klubach. Poza kilkoma składankami Buddha Baru tego typu muzyka jest tutaj nieznana, a
przecież jesteśmy tak niedaleko od Europy i mimo że oczywiście tradycyjne,
lokalne hity wywołują najbardziej żywiołową reakcję to i nowoczesna taneczna
muzyka, jaką prezentujemy jest chętnie kopiowana i co chwile słyszymy pytania o
tytuł kawałka od zafascynowanych tubylców.
No ale w końcu
to jeden z głównych celów naszej ekspedycji, podzielenie się muzyką, która nie
powstałaby bez arabskiego czy afrykańskiego dziedzictwa i inspiracji, a teraz z
powodów nierówności globalnej ekonomii nie jest tu u źródła dostępna, a jeśli
już, to w najgorszej masowej postaci, resztek z zachodniego stołu, odpadków
ściekających tu i ówdzie przez satelitarne anteny transmitujące żałosne
kabarety Eminema czy disco-popowe gwiazdeczki z
Egiptu.
VI
Potańcówki dla dzieciaków z górskiej wioski, przygrywanie na
samotnych stacjach benzynowych na środku pustyni, umilanie czasu hippisom
palących fajki wodne w kawiarniach nad oceanem czy latynoskie piosenki dla
nostalgicznie zakochanych w Hiszpanii bywalców lokalu Real Madrid
w Sidi Ifni, każdy dzień wydaje się inny, czasami
jesteśmy gdzieś tylko przez kilka godzin, a czasem, jak w magicznej oazie Akka w Antyatlasie, gdzie turyści zwykle nie docierają a
życie toczy się niezwykle powoli, grzęźniemy na kilka dni. Splot niecodziennych
wydarzeń i brak planów, a raczej nieustanna nad nimi dyskusja i modyfikacja,
nieprzewidywalność włóczęgi, jakże odmnienna od
profesjonalnych tournee zespołów muzycznych czy zawziętej sportowej niemalże eskapady jakie i z Polski do Maroka czasem wyruszają, bo
przecież żadną z nich nasza przygoda nie jest. To pozbawione ekonomicznego
uzasadnienia przedsięwzięcie, szwendanie się po tylnych uliczkach świata, po
cuchnących moczem parkingach, nikomu niepotrzebnych, pozbawionych atrakcji
turystycznych wioskach, miejscach jakby z premedytacją wybieranych pod kątem
braku możliwości na pytanie „czemu akurat” tam.
Oczywiście, mamy mapę, i palcem po niej wędrujemy, obliczając
przebyte i do przebycia pozostałe kilometry, kalkulując paliwo i czas, ale to
wszystko jakby dla pretekstu.
Ignorancja, to również, kiedy z entuzjazmem domorosłych
reporterów wybieramy się na Saharę Zachodnią, kierowani kilkoma zdaniami o
obozach uchodźców źle przeczytanymi w przewodniku, bo przecież ciemiężeni Saharawwi uciekli przed Marokańczykami na algierską hammadę. Naiwność, kiedy
myślimy, że będziemy mogli dla tych ludzi, dla mieszkańców slumsów w Laayoune zagrać, kiedy tymczasem marokańska tajna policja
pojawia się po kilkunastu minutach naszej tam obecności i przymusowo eskortuje
nas poza granice miasta.
Ale chyba warto, chociażby zobaczyć na wpół zdziwione a na wpół
uradowane twarze tych ludzi, którymi nikt się nie interesuje, a nawet jeśli jakiś zagraniczny dziennikarz się w takie
miejsce zaplącze, szybko jest deportowany przez niedopuszczającego
na świat prawdy marokańskiego okupanta. Więc może warto, dla takich ludzi, z
ich problemami mało ważnymi dla świata, dla nich zapuszczać się w te zabite
dyktą i blachą falistą dziury zapuszczać się, aby posłuchać, a może nawet
opowiedzieć ich małą historię. Może warto, by akurat tu, w tym miejscu artykułu
wspomnieć o sprawie Sahary Zachodniej, tragedii dziejącej się od lat, i teraz w
tej chwili też, niestety jednak tragedii o dużo gorszym publicity niż na
przykład sprawa tybetańska.
O szczegółach chętni dowiedzą się ze strony prowadzonej przez
saharyjską diasporę, www.wsahara.net , pełnej brutalnych,
z dokładnoscią archiwisty dowodów polityki
marokańskiego rządu na okupowanej ziemi. Trzeba jednak o tym mówić, i to
powtarzać, bo kto przecież w Polsce wie o tym, że największy mur na ziemi
znajduje się właśnie na Zachodniej Saharze, a nie w Chinach, odgradzając
uchodźców wygnanych ze swej ojczyzny od bogactw naturalnych i miast
eksploatowanych przez Marokańczyków. Mur zbudowano przy pomocy USA, od
Amerykanów kupowane samoloty pomagały tez spuszczać napalm na uciekających na
pustynię prawowitych mieszkańców tych ziem, w tym kobiety i dzieci, aż
zapędzono ich na algierską stronę, gdzie znaleźli schronienie w jednym z
najbardziej niegościnnych i trudnych do zamieszkania regionów świata. Ale to dzieci
pustyni, dla nich jest to matka przychylniejsza i tak bardziej niż światowa
polityka, nie kierująca się przecież nigdy interesem mieszkańców namiotów,
brudnych zaułków i obszczanych parkingów.
Więc jeśli afrontem dla
przyzwoitości jest fakt, że jeden z najbardziej odwiedzanych przez turystów
afrykańskich krajów cały czas dokonuje prześladowań, porywa aktywistów aż
znikają bez śladu, wyrzuca zainteresowanych tym nielicznych dziennikarzy i
śmieje się z postanowień ONZ, i ci wszyscy turyści za rączkę prowadzeni od
kurortu w Agadir przez wąskie uliczki Marakeszu nic o
tym nie wiedzą i wiedzieć pewnie nie chcą, to zadaniem ludzi, którzy robią
wszystko na opak, odmieńców i dziwaków jakich co nieco
przemierza afrykańskie drogi, naszym zadaniem jest właśnie w takie miejsca
jechać by istniały w czyjejś jeszcze pamięci poza własną ich mieszkańców.
VII
Coraz dalej jedziemy na południe i coraz więcej saharyjskiego
piasku dostaje się szczelinami do samochodu, pokrywając sprzęt, który zaczynamy
chronić plastikowymi workami. Noce, jak to na pustyni, chłodne, ale dni w
przyjemnie grzejącym słońcu pozwalają zapomnieć że to połowa października, tam
w Europie ludzie w chłodnym deszczu podążają o świcie do pracy a my , po ramadanowym śniadaniu, ostatnim dozwolonym posiłku
przed wschodem słońca, kładziemy się spać do hamaków w cieniu palm. Dla tych z
nas, którzy ukłuci żądłem włóczęgostwa zostali już od niego uzależnieni osiadły
tryb życia jest coraz trudniejszy do zaakceptowania, to niczym odwyk dla
uzależnionych, trudno długo wytrzymać na miejscu. Teraz niestety będziemy
musieli zawracać, my już do Mauretanii nie pojedziemy, ale to ważne znać swoje
ograniczenia, czasowe czy finansowe, bo taka wyprawa łatwo i często może zamienić
się w szaleńczą galopadę przez miejsca postojów, parkingów i tankowań, po to
tylko żeby powiedzieć o przejechanych kilometrach, wbić szpilki w mapę
podbitych krajów i zadowolić sponsorów.
Wracamy przez cywilizowaną bardziej część Maroka, przez Agadir, Safi,
przemysłowe okolice Youssoufii, przez kraj wysuszony,
pokryty pyłem, szlakiem wielkich stacji benzynowych, warsztatów samochodowych i
ponurych kopalń aż nadto przypominający to co czeka nas w Europie, pasmo
toczących się setkami kilometrów dobrych dróg wzdłuż dobrych supermarketów,
przewidywalna nuda, w świecie gdzie muzykę grają zawodowcy a nie spontaniczni
profesjonaliści, nie cyganie już a wykonawcy, w świecie gdzie na koncert idzie
się do klubu a nie pod drzewo na skrzyżowaniu dróg. Coraz silniejsza świadomość,
że wycieczka do Afryki może być wyprawą w czasie, wyprawą wstecz oczywiście, i
że właśnie z takiej wracamy.
Polska – Maroko, wrzesień – listopad 2005
Informacje praktyczne
Jeżeli chce się oszczędzić pieniądze, warto mieć dużo czasu. To
prawda aktualna w całej Afryce, w naszym wypadku chodzi głównie o koszt
dojazdu, jeśli już jedzie się takim żarłocznym wehikułem, warto trochę
posiedzieć na miejscu, żeby ten koszt rozłożył się na większy okres.
Nie warto kupować przeprawy promowej w dwie strony. Zrobiliśmy
tak w Algeciras i myśleliśmy że
na tym zyskaliśmy, ale przy powrocie okazało się że raczej żeśmy stracili, bo
firma obsługująca prom na jaki mieliśmy bilet przestała działać i musieliśmy
oddać go za znikomą cześć wartości i kupić nowe.
Spanie w samochodzie, zwłaszcza kempingowym z łóżkami to ogromna
oszczędność, wygoda i przyjemność posiadania hotelu na kółkach ustawianego w
dowolnych wspaniałych lokalizacjach. Gotować można też u siebie, zwłaszcza w
wypadku wegetarian jakim kuchnia marokańska ma niewiele do zaproponowania, ale
nam jakoś się nie chciało, być może z powodu gorącego klimatu idealnego na
soki, jogurty a nie ciężkie potrawy.
Paliwo – tańsze niż w Europie, jakieś 0,7 Euro za diesla, na
Saharze Zachodniej jeszcze mniej. Warto jednak, gdy dużo zużywamy, wozić ze
sobą zapas, nie zawsze są możliwości zatankowania, a i ocena pozostałego w
zbiorniku jest trudna, gdy jak w naszym wypadku, wskaźnik paliwa to kolejny z
niedziałających elementów. Na dojazd przez Europę, dla posiadaczy silników
dieslowych, polecamy olej słonecznikowy, dostępny w przydrożnych supermarketach
za jakieś 70% ceny ropy.
Woda – przydaje się duży plastikowy
Kierowanie – u nas było dwóch sprawnych kierowców, trzeci
poważnie przyśpieszyłby przemieszczanie, zwłaszcza podczas nudnego dojazdu
przez Europę gdzie spokojnie można jechać w nocy, i śpiący oraz kierowcy
zmieniają się co kilka godzin.
Używki - alkohol bardzo trudno dostępny i drogi w Maroku, uzależnieni powinni
zaopatrzyć się w Europie, pamiętając jednak o ograniczeniach wwozu. Kawa to
podstawa rozruchu porannego, kawiarnie ze słodkim Nescafe
a czasem i espresso są wszędzie. Haszysz popularny jest głównie na północy
kraju, trzeba uważać nie tylko na wyjeździe z Maroka i na drodze do Europy (
bardzo skrupulatne lotne kontrole zwłaszcza w Niemczech, włącznie z chemiczną
analizą śladów na kierownicy ) ale i opuszczając
region Rif gdzie najwięcej jest plantacji.
Policja w Maroku – mitem okazały się pogłoski o problemach, poza
stacjonarnymi checkpointami na południu, jakiekolwiek
zatrzymania mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki, i to zawsze
bezproblemowe. Na wszelki wypadek woziliśmy ze sobą nowy numer kolorowego
magazynu marokańskiej policji jako sympatyczny bakszysz.