Światosław Wojtkowiak

 Przedstawia:

MARJAH KAREJ PORWANA A ROCKERSI SIĘ BUNTUJĄ czyli   

** Grafomański opis starcia klanów i co z tego wynikło albo bez tytułu jak wam się ten nie podoba**

 

 

tatatah tadaah

Cieżkie czasy nadeszły i mrocznie przyszłość się przedstawiała, nikt już nie szanował starszych, sierotami się nie opiekował.

Tadah tadadah

Zagalopowały konie, zagrzmiało, rozbryzgało się błoto, na hełmach czarnych ostały się resztki pajęczyn w które wjechali.

- Blady hel, mamy ją, na kryszne, mamy ją...

Kiedy Radko Mladicz coś mówił to tak było.

Ich twarze wykrzywiały radosne grymasy, ich kruczoczarne włosy rozwiewał wiatr, konie spływały pianą z czarnych pysków, czarne postrzępione czapraki powiewały niczym sztandary czarnego szatana, kfaszystowskie emblematy błyszczały w świetle czarnego księżyca na czarnych tarczach. Tak, straszni kfaszysci, jedzący kfasy poskramiacze górali, wrogowie cywilizowanego świata, sprzedajni i zapiekli w swej nienawiści, najemnicy południa i popołudnia, Rodzina Mladiczow. Bało się ich wielu, podobno nawet sam Goran Ten Co Się Boją Nawet Jego Koni schował się kiedyś w beczce po rakiji, kiedy Czarni Mladiczowie pustoszyli przędzalnie bandan na wzgórzu Sezamowym. Wiedz zatem, człecze, że w historii którą tak chcesz usłyszeć wiele jest smutku, ale stało się.

 

  Radko, a tuż za nim Głupi Syran wjechali do jaru gdzie stał ich Żelazny Transporter. W dużej mierze składał się z czarnych prętów, ale nadawał się idealnie do transportu więźniów, jak i do szturmu na Klub który mieli dokonać. Zaprzężony w trzy mechaniczne wieprze ruszył, sterowany przez Syrana.

Tłum luzaków osiągał właśnie trzeci stopień wyluzowania, nie bez wpływu pięknej piękności, czyli ultrablondyny, jaka szalała na klepisku z jadeitu w rytm najnowszych bituf pewnego pana o odmiennej orientacji na świat i szowinistyczne jego reguły. Powodzenie bituf produkcji tego jegomościa, nazwijmy go tak, choć Mladiczowie słuchający zwykle zmasowanej motocyklowej muzyki nazwaliby go halibutem, to powodzenie wynikało z faktu ze były one bardzo zfizjologizowane, takie blondyna lubiła najbardziej. Jednakże poprzez bit, pot, strugi szejkuf i drinkuf przebijał się z wolna narastający inny dźwięk , coś jakby 'ho ho , huu huu" , "tamteredei", z lekka okraszone podkładem z Cwału Walkirii, tak, nie mylisz się, byli to Mladiczowie. Krew była już w powietrzu. Drzwi rozpadły się na kawałki, w pisku nastolatek wpadł Bochen Mladicz, a za nim Czerwona Vesna, pierwszy z elektrycznym toporem, druga z tradycyjnym morgensternem, profilaktycznie markując nim fikającego dresa w stylu "sami swoi". Najpierw była kolej bohaterów, tacy zawsze kręcili się koło ultrablondyny, pomni jej życiowego motta, " im evry łuman", liczyli przeto na bliższe jej zapoznanie. Gieroj numer 1 przyjął tradycyjnego laczka, jednakże jego zmutowane latami dyskotek krocze nie spodziewało się że Bochen nosi tak niemodne żelazne buty z usztywniającą kamienną blachą. Gieroj numer 2 przyjął pozdrowienia od Vesny. Gieroj kolejny uznał blondynę za jedną z tych osób, przed którymi kierownik sierocińca zawsze go ostrzegał. Jak to zwykle jednak bywa, na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą, takoż i bojowe czarne kozy Czarnych Mladiczów, które spuszczone z Radkowej smyczy dopełniły dzieła zniszczenia, tymczasem kfaszysci mieli swą brankę. Nawet głupiec wiedział , że to po nią przyjechali, bo Marjah Karej to była sztuka morowa. Jeśli zaś myślisz że o czymś zapomniałem, szturm tenże opisując, to pomnij to, że jeszcze nie skończył, bo zaraz po wrzuceniu ze wszystkich sił swej falującej piersi opierającej się dziewki na transporter Duszan Mladicz wyjął swą tradycyjną, rodową hubkę podpalacza, która przez pokolenia gwałtu i telewizyjnej nieprawości rozświetlała setki wiosek, siół i nawet zwykłych zagród , spektakularnie wysyłanych w postaci czadu i syfu w niebo, czy to na zamówienie Sułtana, czy też sąsiedniej wiochy. Takoż i teraz rozległ się tubalny hymn Mladiczów:

 

Iskiereczka z popielnika bucha, hoj, hoj

Cieszy fajur serce prawdziwego zucha, hoj

 

I poszli. Uwieźli ze sobą brankę o licach jak śnieg białych, twarzy z lekka pyzatej, włosach ultrablondyńskich. Piękna, ci ona była, hej, smutek zatem niemały, ale nie było to jedyne zmartwienie tłumu czadersko wyluzowanych chłopców i dziewek, jako że z rozbitych Fallicznych Kolumn nie sączył się już upojny bit, a płomienie, kfaszystowsko skwiercząc unicestwiały wspaniałą Jamę, tak, kompletnie nieczaderska sytuacja. Jęki dziewcząt, klnący gieroje. Łuna nad miastem. A Mladiczowe proporce łopoczą na wietrze,  ich śmiech , niczym krzyki banshees niknących w ciemności mówi że kolejny raz zło rozpoczęło sagę swą wygraną. Gdzież jest teraz płacząca Marjah w żelaznym transporterze? Gdzież herosi? Cóż, oto jest Dermot. 

 

*Czlowyecze chcesz polesycz duszy swey. Nie mow czansto, pywa naley.*

 

Pędził jak hurakan, tak to kiedyś określiła Jojoba z GigaSamu na rubieżach gorada, no ale taki był ulubiony sposób jazdy Dermota na bojowym rowerze marki WeinXL666, jaki dostał od dziadka(a ten zdobył na szkopach). Zwłaszcza że ujrzał łunę, która serce jego przejęła strachem dogłębnym, bo w tej części gorada mieściła się jego ulubiona sucha pływalnia, z natury łatwopalna. Kiedy dojechał jednak na urwisko ponad Jamą, ledwie wyhamowawszy, odetchnął z ulgą, i to nie dlatego że ledwo wyhamował, bo zwykle ledwo wyhamowywał, ale dlatego, że jaskinia rozpusty, jak zwykł był mawiać Puczatek, a on był w sprawach moralnych kompetentny, otóż ta jaskinia przestała istnieć, lub miała przestać za chwilkę, to mówiły Dermotowi jego długoletnie doświadczenia podpalacza.

 

   -   Fach -robota - skomentował.

   - neinkamarad,ichhabebessserfeuergesehen,daswar... - próbował oponować                                          poniemiecki rower Dermota, ale ten mu przerwał, bo nagle stało się. Nigdy nie wiadomo, kiedy na człowieka to trafi, można właśnie pielić grządki halucynogennych kartofli, a tu trach, i po tobie. Bo Dermota właśnie strzeliło, oglądał płonącą Jamę, a tu w tętencie wjeżdżających na urwisko konnych i turkocie żelaznego transportera usłyszał swą Miłość, tak , usłyszał, bo piękna była jej pieśń, niczym słowika uwięzionego w klatce, niebiański trel;

 

Uu babe babe babe, yeah, honey, help ,

babe, uu love babe heart babe love help honey

 

Oj, Dermot dostał. Dostał już nie raz, nie dwa, ale tym razem nie oddał. Stał jak ociemniały, a Mladiczowie przejechali dalej, nucąc swoje tamteredei, tamteredei. Pieśń nikła w oddali , a wraz z nią cudna Marjah , co robić, co robić, błyskają gwiazdy przed oczyma, nie można znaleźć pedała przy rowerze, jeszcze wpięcie się w łańcuch przyspieszeń, Mladiczowie coraz dalej, nie dogonię ich, niech to Krom pochłonie, jedyna szansa, tak, nie zwalniając jazdy wyciąga krzesiwo, jeszcze tylko zapalić lont, nakierować sprzęt na cel, trachtrachtrach, pierwsza seria ze sportowego karabinu maszynowego jakim dysponuje ten model roweru, trach, trafiony, Bochen Mladicz chwyta się za czarne ramie, lecz co to, zawraca, ściąga wodze, ledwie nie wpadł na Duszana, rusza naprzód, krzyczy, Dermot słyszy jedynie, Żelka, Żelka, ruch ramienia, czarna plama, ciemność, ofensywne wiadro ląduje wprost na czerepie Dermota, Bochen już ma ściągnąć do siebie łańcuch, Dermot będzie jego , gdy władczy głos nakazuje odpuść - ależ Radko - odpuść,(  ) po co nam bastard, gniew-Amon chce dziewki...

 

Tego już jednak Dermot nie słyszy.

 

 

  - Człowiecze chcesz polesycz duszy swey. Nie mow czansto, pywa naley - rzuca, dużo później, swym ulubionym tekstem do zamawiania w "Knajpie".

 

-  Ano - Lacz nie jest dziś rozmowny.

-  Masz lutnię? Mam dzisiaj deprechę.

-   Gdzieżbym nie miał, naści.

 

Dermot stwierdza z przyjemnością wysoki voltaż lutni.

 

-   Nieźle dziś lutuje, daj następną.

 

I tak toczy się wesoła rozmowa, do czasu kiedy Dermot postanawia powiedzieć co mu leży na sercu.

 

-  Ach, żebyś to wiedział, bo toż to...

...piersi jak cytryny

   a usta jak maliny

   uda jak sprężyny

   włosy jak satyna,

   ach, to jest...

 

    -  Halina? - dopytuje się z lekka susząc Nalewacz, ale w odpowiedzi słyszy dobrze wypieczony stek przekleństw, więc markując, że to coś poważnego, postanawia rozładować atmosferę.

-  A wiesz no, był ongiś, dawno temu, niejaki Bar-Man, Człowiek-Bar, prawdziwy heros, prawie bóg, patron wszystkich laczy, podawaczy, szynkarzy i innych z fachu. I z woli pra-anarchohedonisty Bachusa pojawiał się wżdy tam, gdzie zło i niesprawiedliwość i spory się trafiały, i w postaci latającego baru - bo takie miał on właściwości - poił on wszystkich wokół alkoholem ze swych meha-dystrybutorów, i byli oni szczęśliwi i radośni, i zło się ich nie imało, takoż kłotnie, ale do czasu.

-   Tej, a Żelka, kto to jest? - przypomniało się Dermotowi.

-       Na Mitrę! Wysłuchać nawet nie możesz? Żelka, jakaś lafirynda,                  kfaszystowska bogini, ponoć Czarna Rodzina Mladiczów z jej imieniem zawsze do boju idzie, ale słuchaj co z Bar-Manem..

-       Mladicze! To oni ją wzięli...

-  Tej, bo nie wytrzymam...No i Bar-Man oto wpadł w sidła Cytrusa, ten zły arabski czarnoksiężnik poczęstował go kiedyś konopiami miłości, a Bar-Man, głupiec, zadurzył się w nim, i wówczas Cytrus uwięził go. Od tego czasu zło znowu szaleje po świecie, wiem to, bo widziałem ostatnio bardzo zły film. Tej, zostaw mą komórę...

Ale Dermot nie słuchał i na żelaznej komórze Lacza wykręcał z trudem numer Klanu Lubiczów.

 

***

    Angus Lubicz odłożył drewnianą słuchawkę rodowego telefonu i z wrażenia usiadł na wrzosowym fotelu. Nie minęło więcej czasu niż zajęłoby wam przeczytanie pół strony Glasgow Herald, a reszta Lubiczów siedziała na swych wrzosowych fotelach, tępo patrząc się w kominek. Wiedzieli, że to o czym doniósł im Dermot, miało poważne konsekwencje. Marjah Karej porwana, i to przez parszywych Mladiczów, nie mogło być gorzej, a może lepiej, jak sądził Duncan Lubicz, od dzieciństwa karmiony haggisem, i dlatego żądny krwi. A krew Mladiczów musiała się polać. Chociażby dlatego, że to Klan odpowiadał za bezpieczeństwo Marjah z woli Gawryło Principa, którego ta była nałożnicą. Gawryło zaś wymyślał Klan Lubiczów, i gdy dowie się o porwaniu dziewki, to zawiesi akcję, albo wyśle Lubiczów na jakąś cholerną pustynię, gdzie piją tylko kumys i nikt nie słyszał o whisky. Zawołali Grburha, piktyjskiego minisłużącego i nakazali mu przynieść tradycyjnie zardzewiały i nieczyszczony od wieków dwumetrowy miecz przysięgowy Padraig-Pra-Lubicz. Pierwszy ujął go Angus i podrzynając domowej owcy gardło wykrzyknął:

-    Krew dużo być rzeź tatanka tatanka. Na Pohybel - nikt w Klanie nie wiedział co te słowa znaczą, ale taka była formuła.   

- Aye, na pohybel - powtórzył Duncan - na pohybel -powtórzył Fergus -na pohybel -powtórzył Fenton - na pohybel -powtórzył Bran, adoptowany kiedyś przez Fergusa, nie prawdziwy Lubicz, w ogóle jakiś dziwny, nie lubił owsianki, według prastarej przepowiedni zguba 1/4 Klanu , ale jeszcze teraz tego nie wiadomo, dopiero po śmierci Morgany się okaże, po tym jak Morwena Von Lubicz, z hanowerskiej gałęzi Klanu zarazi się w męskim zamtuzie w Baile Atha Cliath rzężączką .A potem Lubicze uciekną na wolnocłowe Wyspy Aran.

 

Oszczędzić trzeba plastycznego opisu wkładania polowych ortalionowych kiltów przez poszczególnych członków Klanu o zaślepionych krwią oczach, mimo, że zapinanie sprzączek było dość emocjonujące, podobnie przypinanie kobzy przez Duncana, nosił on ją na plecach, wbrew obowiązującemu zwyczajowi, też był jakiś dziwny z tymi białymi włosami i nabijaną ćwiekami czarną podkoszulką. Zostawiamy jednak Klan opuszczających zamek Bru Na Lubicz na czerwonych włochatych krowach, mimo, że warto byłoby zanalizować ich bojowy rynsztunek, w przypadku Lubiczów składający się głównie z agresywnego spojrzenia i trzymetrowych mieczy, w przypadku krów, z kolczastych wymion. Trzeba wracać do Dermota, bo coś odkrył.

 

 - Odkryłem - mówi z dudniącego echem snackbaru w Podziemnej Bibliotece Dermot, mówi chyba do siebie, bo przecież nie do szkieletu pra-Recepcjonisty - że Mladiczowie pracują obecnie dla gniew-Amona (hej, hej, czy znacie już to imię?), to po pierwsze, po drugie w Undergroundowej Książce Tajnych Powiązań doszperałem się długów karcianych jakie ongiś Cytrus, ten sam o którym opowiadał mi Lacz, narobił sobie względem gniew-Amona. Czuje bliską pleśń tajemnicy, boje się jedynie, że w sprawę mogą być wmieszani Oni, a może nawet Warssawa. Na razie muszę się wyluzować i udam się po poradę do Ogmy -to rzekłszy zaciągnął się Wyluzowywaczem i udał się po poradę do Ogmy. Nie było to łatwe, musiał wziąć zamiejski tramwaj, o pancernych wagonach, jeden z tych którymi coraz częściej powoziła sekta Szalonych Motorniczych, zjeżdżających nieraz z torów na Manowce. Było to konieczne, Ogma przebywał bowiem w ośrodku treningowym za murami goradu, pod Basztą Wędliniarzy, gdzie ćwiczył młodych rewolucjonistów-archeologów w trudnym fachu malarza miejskiego. Kiedy Dermot ich zaskoczył (a był w tym dobry ) ćwiczyli właśnie pod czujnym okiem mistrza kaligrafowanie na murach odblaskową farbą runicznych haseł przeciwko niedawnej ( w ich chorej percepcji) agresji Leinsteru na Connacht.

 

   Ogma przyjął go więcej niż wylewnie i z ojcowską uwagą wysłuchał relacji o zdarzeniach wieczoru - bo dla nich zawsze był wieczór , ale to wymagałoby wyjaśnienia kolistej koncepcji czasu, więc umownie powiedzmy, że mieli zepsute zegarki. Potem pokiwał głową, przyjął zadane mu pytanie i przetrawił je wespół z jedzonym właśnie grzybem. Powiedział, że musi rzucić kośćmi. Na tyle głośno, że w jego kierunku wyciągnęło się kilkanaście ziemistych rąk archeologów, którzy z racji swej profesji takowe kości przypadkiem posiadali. Ogma nie podziękował, bo był źle wychowany. Zabrał się do wróżenia, czyli rzucił za siebie trzymanymi gadżetami. Podstawowy problem jaki zaistniał to taki, że trawa, użyźniana hojnie przez zrzucane z murów odpadki, była tak bujna, iż kości się  nie chciały znaleźć. - to zła wróżba, zamruczał Ogma, ale Dermot przypomniał mu, że zna te klocki, więc ten przeszedł do sedna. Okazało się, że kości przemówiły, i powiedziały tak:

- Cytrus ongiś oddał Bar-Mana gniew-Amonowi w niewolę.

Dość krótki mesydż , jak spuentował Dermot z obca, ale treściwy.

 

A teraz retrospektywa, szczęśliwy ten, kto wie co to znaczy. Otóż w gęstej przestrzeni czasowej jaka otacza przygody Dermota zdarzyło się miłe spotkanie. Dermot wracał właśnie Łęgami znad Rzeki, nad którą malował rzadkie - bo raz na kilkaset obrotów megaklepsydry się zdarzające - zjawisko, jakim były gody trolli. Dermot działał na zlecenie opozycyjnego Biuletynu Geograficznego, który rozrzucano z balonów przed Fortem XX, siedzibą Rady Gorada. Biuletyn płacił niezłymi kasztanami, ale Dermot był smutny, bo zauważył, że jego szpanerskie zielone buty, które dostał od jednego leprechauna, trochę się rozmoczyły. Medytował nad tym, gdy ze strony Betonowej Płyty dobiegł go rytmiczny rytm bębnów, i gdy uniósł wzrok, zakrzyknął z radości. Była to słynna lądowa galera wielkiego proroka, kapłana i mędrca, misia Jakuba Puczatka Milankowicza z goradu Fiksater Proti Poti. Zaprzęgnięta w siedemdziesiąt burych osiołków z wolna sunęła w kierunku najlepszego przyjaciela Puczatka - Dermota. Żagiel w kształcie Świętego Podkoszulka pomagał chyba trochę nieco spracowanym osiołkom, mimo to statek posuwał się na tyle wolno, że gdy zauważono Dermota spuszczono mu drabinkę, a ten po chwili agresywnej wspinaczki ściskał się już z Puczatkiem. Stali na pokładzie, a leciutki wietrzyk i miłe w dotyku futerko Puczatka przypominało dziecięce spacery, odbywane tylekroć na Łęgach w czasach gdy trawa była zieleńsza, a Betonowa Płyta nie tak wielka. Po standardowej wymianie nowin, z których najciekawsza dotyczyła stłumionej kolejnej rebelii restauratorów z Fiksater Proti Poti, Puczatek wyjaśnił co sprawiło, że znalazł się aż na Łęgach.

-  Nie uwierzyłbyś, o Dermocie, jakie kłopoty mnie spotkały, jaka niewdzięczność ze strony tych, których tak kocham. Zbuntowali się rockersi, a przecież to oni zyskali na naszej Rewolucji Stołówkowej. Rockersi, jak wiesz pracowali w naturalnym ich środowisku, bazaltowych kamieniołomach, rozłupując skały, i zaopatrując w nie Wielką Kamienną Elektrownię, ale ten heretycki kulturysta Spartakus podjudził ich przeciwko mnie, no i uwięziwszy gnomich dozorców, uszli Nie Wiadomo Dokąd.. Elektrownia stanęła, i nie mam czym podgrzewać swojej Świętej Sauny-Mauzoleum. To sytuacja ze wszechmiar niezręczna.

-     To rzeczywiście straszne.

-    Tak, zmusiło mnie to do przerwania uroczystości dożynkowych, jeszcze przed sprowadzeniem dziewic, i musiałem ruszyć mą galerą w pościg.

-     Gdzie zamierzasz ich szukać, przyjacielu?

-     Naturalnie Nie Wiadomo Gdzie, jako że jednak czasoprzestrzeń wygięła się ostatnio pod wpływem koniunkcji planet, muszę się zatem śpieszyć. Króliczku...

   Króliczek w masońskim fartuszku podkicując przyniósł to, czego Puczatek oczekiwał, bo Króliczek zawsze uprzedzał jego myśli. Puczatek rzekł:

-  Oto tradycyjna bułka z gipsem i tartą marchewką, pokarm wzmacniający naszą przyjaźń i twoje prawidłowe poglądy. Kiedy będziesz ją jadł, chciałbym cię poinformować o najnowszym osiągnięciu naszej myśli technicznej, transjakimśtam kanale, wynajęliśmy port w knajpie "Lew, Czarownica i Stara Szafa" , i kiedykolwiek będziesz chciał dostać się w moje święte pobliże, musisz spotkać się z Lwem, i podać mu hasło "zdrowa buła". Spamiętasz?

-  Juści, zatem nara.

-  Bywaj, cała naprzód - to ostatnie rzucił Puczatek do bosmana, a ten zaryczał w osiołkowym języku, zatem w mgnieniu oka galera przyspieszyła, i zostawiając Dermota na skraju Ogrodów za Łęgami zatopiła się w mroku dzielnicy rubieżowej, jednej z wielu jakie tu po pamiętnych strajkach ceglarzy pozostawiono.

 

   No i stoi on, teraz , za Basztą Wędliniarzy, zza wiklinowych chaszczy dochodzą zniecierpliwione komendy trenującego archeologów Ogmy, szczury przebiegają pod murem, garbaci strażnicy grzeją się przy koszach  z węglem, a on stoi i myśli. Co by tu uczynić, aby przyspieszyć akcję, aby wyjść z tego zaklętego kręgu niemocy. Tak prawdę mówiąc nie myślał, bo nie jest to jakaś psychologiczna saga, ale ważny jest wniosek. Dermot zerwał się , chwycił za poły ostatni, jak zawsze tramwaj zamiejski, i pomknął nim tam gdzie chciał. Domyślacie się chyba, że retrospektywa się skończyła, a ja wam teraz powiem że po wróżbie Ogmy Dermot wpadł na genialny pomysł. Jaki? Zobaczycie w Szafie. Pełna nazwa tego zmurszałego, pokrytego pajęczynami i starymi banknotami lokalu w piwnicy przy bocznej uliczce przy rynku miała swoje uzasadnienie, jako ,że Nalewaczem był tam pełnokrwisty, bujnodywaniasty i ostropazurzasty Lew, zanim jednak gość dostał się pod jego oblicze przejść musiał pod czujnym okiem cygańskiej Czarownicy siedzącej na korytarzu wiodącym do latryn. Mądra to była bestia, wiedziała bowiem co i kto wyczynia w najbliższej okolicy, zwłaszcza zaś w swej szklanej kuli obserwowała niecny proceder tutejszych bachorów, oględnie rzecz biorąc zwany zaglądaniem ludziom w okna. Złowieszczo zazgrzytała okiem, ale Dermot nie zwracał na nią uwagi, jak zwykle. Miał przecież antycygański amulet z ogamem. Lew, kończąc konwersacje z nieprzyjemnym typkiem, aż zanadto przypominającym oficera służb goradowych, zwrócił swe kudłate oblicze w kierunku nowo przybyłego. Na hasło "zdrowa buła" Lew rzucił przez zęby "śmietana, miód i masło', po czym z wyraźną niechęcią wyszedł zza kontuaru i poprowadził Dermota na zaplecze. Okazało się że zaplecze jest w jeszcze głębszych lochach niż sama knajpa, składa się z wielkiej sali, na której końcu stoi ciemnobrązowa, dębowa, zżarta przez korniki Stara Szafa gdańska, pełna ornamentów, chimer, monstrów i satanistycznych symboli. Lew przycisnął ogromny krzyż pośrodku drzwiczek, a te ze zgrzytem uchyliły się ukazując rzędy wieczorowych kolczug. Dermot pytająco spojrzał na Lwa, ale ten przesunął szmelc, i odsłoniła się Czeluść. Dermot znał Czeluść bardzo dobrze, trafiał  poprzez nią nieraz do Biblioteki, wydawało mu się kiedyś też, że w Pubie Pomylonych pisuar był bramą Czeluści. Dlatego bez wahania, ale po zaciągnięciu się Wyluzowywaczem, wkroczył do środka. I wykroczył u celu, to znaczy ze skrzyni na baty w maszynowni galery Puczatka. Przez chwilę stał zapatrzony w kręcące się turbiny, niewątpliwie napędzane mocą mięśni osiołków. Potem uświadomił sobie, że transportacja nie trwała chyba długo, bo za okrągłym okienkiem widać było gwiazdy , zatem był wieczór, ale jak już zostało to wspomniane dla niego często był wieczór i to ten sam. Zmieniły się za to warunki geofizyczne, co zmarkował wychodząc na dolny pokład i za burtą dostrzegając brukową pustynię, szajt, zaklął, bo miał czasową alergię na bruk. Wyciągnął jednak podręczny szkicownik, i stworzył wizualne odzwierciedlenie otaczającej go rzeczywistości, licząc na potencjalne bonusy w Biuletynie Geograficznym. Potem zakomenderował przechodzącemu gnomowi w rogowych okularach aby wezwał Puczatka.

 

   - Misiu mój, oto biznes jaki do ciebie mam - zagaił w odpowiednim momencie, gdy już się obściskali, a Puczatek otarł usta z radioaktywnego wysokoprocentowego miodu w jakim ostatnio gustował  - ujmiemy twych rockersów w czasie nie dłuższym niż tuzin obrotów Karuzeli Co Niedziela, i pójdą za tobą jak baranki...

-    Jakże chcesz tego dokonać, toż to niemożebne.

-   Zaufaj mi, a przy okazji butnego wroga swego upokorzysz. Gniew-Amon wysłał Mladiczów, heretyków zresztą, po piękną dziewkę, i ja chcę ją odbić, a ty mi pomożesz, odbijemy wówczas i słynnego Bar-Mana. Ten to w sposób jakiego się nawet ty nie spodziewasz poskromi rockersów. Zatem...

-   Prawda to?

-   Najszczersza.

-   Dla mnie bomba, cieszysz mnie, bo znudziło już mi się, tak długo i żadnej przemocy.

 

    Musieli to uczcić, Puczatek kazał wytoczyć zatem miodu. Galera zmieniła swój kurs z Nie Wiadomo Gdzie na posępny zamek gniew-Amona w bardzo złej okolicy. Przyjaciele zajęli się wesołą rozmową, podczas której podekscytowany Puczatek opowiedział wesołą dykteryjkę. Podczas ich dotychczasowej podróży natrafili bowiem na pielgrzymkę zorroastrian, sekty wierzącej, że tym który mści niesprawiedliwość na świecie jest Zorro, który zstąpił z gwiazd na czarnym koniu. Zorroastrianie podążali właśnie do La Manczy, kiedy spotkali się z galerą, ale potem zaistniał niemiły zgrzyt, ponieważ zza pagórków wysypiska śmieci wypadła horda dziwnych osobników na włochatych krowach, wywijających niebezpiecznymi narzędziami ofensywnymi z wyraźnie wrogimi zamiarami. Na szczęście opamiętali się w porę, czyli wtedy kiedy z galery puszczono im zaklęcie ostrzegawcze. Na zimno analizując mogli wówczas dostrzec, że mimo zbieżności czarnych zorropodobnych płaszczy zorroastrian do przyodziewku Czarnych Mladiczów nie są to te same jednostki. Konsternacja nie trwała długo. W sytuację wjechał z dynamicznym turkotem drabiniasty wóz będący obwoźną speluną poskramiaczy śmieciowych bizonów, najistotniejsze w nim było jednak to, że serwowano tam pokątnie pędzony substytut whisky. Natenczas Klan Lubiczów jak jeden mąż zsiadł z włochatych krów i ucałował ziemię, po czym udał się na degustację.

 

     W tym miejscu Puczatek przerwał swą opowieść trwającą nie krótko nie długo a w sam raz aby ujrzeli, że wjechali już w złą okolicę, zatem twierdza gniew-Amona musiała być niedaleko. Okolica była dość stresująca. Pomiędzy domami z czerwonej cegły walały się spalone łóżka, przewrócone transportery, puste butelki śmierdzące benzyną. Zimny wiatr pryskał w twarz kropelkami deszczu i rozrzucał walające się wszędzie śmieci. Pełno ulotek, zgnieconych puszek po lagerach, zmięta futbolowa flaga, łopoczące na masztach flagi niefutbolowe. Odrapane ściany zakratowanego pubu. Ściany pomazane hasłami i pokryte wielkimi obrazami. Z rzadka przemykający rudzi ludzie w zielonych szalikach i o szarych twarzach. Domy, domy, rzędy takich samych wąskich domów z kratami w oknach, a pośrodku sunąca z monotonnym rytmem bębnów święta galera. I coraz częstsze blaszane wieże wysokich blokhauzów, obrzuconych jajami, ale pełnych emblematów gniew-Amona. Dermot czuł powietrze przesycone zapachem nietolerancji, sekciarstwa i lokalnych ksenofobizmów, aż zaczęło mu się kręcić w głowie. Wskazał wówczas na wprost, a tam złowieszczyła się  wielka cytadela.

 

Część Ósma - Wielka Cytadela

 

- To wielka cytadela - zmarkował Prosiaczek, ciekawe skąd się wziął. Cytadela nie różniła się specjalnie od pozostałych blaszanych fortów jakie minęli, tyle tylko że była wielka i wielki był emblemat gniew-Amona na jej wieżycy. Wstrzymano osiołki. Dmacz Puczatka zadął w róg, a wtedy na murze pojawił się brodaty karzeł i splunął w dół. Było to w jego zwyczaju. Puczatek zagaił:

- Powiedz swojemu panu, że przybył oświecony miś Jakub...

- Jesteście umówieni, wstrętni agresorzy?

- Nie sądzę - odparł jeden z nich, świadom tego, że umówionych gniew-Amon nigdy nie przyjmuje, uwielbiając łamać konwenanse. Po standardowej wymianie opryskliwości karzeł zniknął z pola widzenia a oni z braku lepszych pomysłów rozpoczęli samarytańską rozmowę z wiszącym na wbitym w mur haku jeńcem w czarnej bieliźnie. Mówił z wyraźnie kfaszystowskim akcentem, co wzburzyło krew Dermotowi. Jego dobra strona, jaką posiadał z racji obciążenia genetycznego, nie pozwoliła mu na agresję wobec cierpiącego, nawet gdy ten przedstawił się jako Radko Mladicz Karabinowicz, w rzeczy samej, ten sam, szef Mladiczów. Smutna była jego historia, a najsmutniejsze to, co stało się z ultrablondyną. Dowiedzieli się jednak teraz, do czego była ona potrzebna gniew-Amonowi. Więził on już od dawna Bar-Mana i cały  czas oczekiwał na zapowiadaną w prastarym komiksie jego oblubienicę, która, według przepowiedni, użyźniona przez Bar-Mana urodzić miała Antychrysta. Wybranką okazała się być Marjah Karej, niestety pokojowe rozmowy z jej agentem nie dały rezultatu, bo kompania obiecała już dziewkę księciu popu z Turanu. Gniew-Amon musiał stworzyć Antychrysta, pięknego młodzieńca uzależnionego od koki i paparazzich, bowiem tylko dzięki niemu dokonać się mogła realizacja odwiecznej artystycznej wizji tyrana, nakręcenie wielkiego fresku o podróży statkiem, który rozbija się o górę lodową, dużo krwi na lodzie i śniegu, krew i lód, czerwień i biel, jak mawiał gniew-Amon w chwilach natchnienia. Radko przerwał, bo na blankach pojawił się jego ciemiężyciel, i niegdysiejszy pan, chłodnym okiem oceniający właśnie galerę Puczatka pod kątem wykorzystania w filmie. Potem przypomniał sobie jednak, że z planów nici, i zaklął szpetnie.

- To wszystko wina tego nieudacznika - wskazał na Radka, a powiedział najwyraźniej w stronę gości, czując potrzebę wyżalenia się - razem ze swoimi kretyńskimi krewniakami zaczęli grać w lotki z branką, biorąc ją jako tarczę, na Seta, czemu nie wysłałem wężowców...

- Dziewka pękła, bo co miała zrobić ze swym gumowym ciałem, przedziurawionym celnym strzałem Bochena, he he he - zaśmiał się przyszpilony Radko.

- Tak, na Seta - wzburzona pierś gniew-Amona zafalowała pod tradycyjną szatą w gwiazdy i księżyce - teraz jestem w bardzo agresywnym nastroju - to rzekłszy zasyczał wysuwając swój potrójny język z wężowej paszczy.

    Dermot już od dłuższej chwili ssał specjalną antystresową marchewkę, przyniesioną mu przez Króliczka, i miał zwis na otoczenie. Polemikę podjął Puczatek.

-  Nie jest w naszym interesie odchodzić z pustymi rękoma, przeto nalegamy, w imię Stołówkowej Rewolucji i zdrowego rozsądku, abyś wydał nam Bar-Mana, którego więzisz niegodziwie. Nie zmuszaj nas do zbędnych kroków.

- Ha, a czym będę niby szantażował swój elitarny oddział alkoholików? Odejdźcie pókim może nie dobry, ale jeszcze nie ekstremalnie zły.

-  Gniew-Amonie, nie wiesz chyba z kim masz do czynienia - pisnął Prosiaczek.

- Prosiliście się, zmolestuję was magią 3 znaków. - zadowolony z wywołanego przestrachu zaczął inkantację :

poznasz debila po znaku fila

- Odstąp, heretyku - ostrzegł Puczatek, ale tamten nie odstąpił i przeszedł na drugi poziom zaklęcia:

poznasz cieniasa po znaku adidasa

- Włączyć pole siłowe - zakomenderował Puczatek.

cała penerska zgraja...

- Conan - rzucił na postrach przemądry miś, a wówczas gniew-Amon przerwał inkantację i zmieszał się niezmiernie.

- Co ," Conan"?

- Jak nie wydasz natychmiast Bar-Mana i jeszcze tony jęczmienia, to wyrzucę Conana z mojego przyświątynnego wieczorowego koledżu dla barbarzyńców, w którym uczy się on abecadła, i powiem mu, że to ty mnie zmusiłeś...A wówczas nie chciałbym być w twojej skórze, Cymmeryjczyk potrafi być przykry.

  Pobladły gniew-Amon wiedział to nader dobrze, argument był zwalający z nóg, ale gniew-Amon jakoś wytrzymał, bo miał siłę nóg trzech zwykłych czarnoksiężników. Nie mógł jednak w takiej sytuacji ryzykować, zbyt wygodne wiódł życie, uwiązany w lokalnym establishmencie, barbarzyńca mógłby je skomplikować a może nawet zakończyć. Zrezygnowany wypisał kwit wydania więźnia, i zrzucił go zwinięty w rulonik na pokład galery.

-  Idźcie z tym do Lochów, a w ogóle to dajcie mi spokój.

    Nie minęło więcej czasu niż zajmuje przeciętnie wykwalifikowanemu malarzowi-archeologowi fasada średniej wielkości komendy, a nasi bohaterowie w gronie poszerzonym o Bar-Mana i tonę jęczmienia opuszczali złą i ksenofobiczną okolicę poprzez Ogródki Działkowe Gdzie Pieprz Rośnie kierując się Nie Wiadomo Dokąd, bo czekała ich jeszcze rozprawa z rockersami. Bar-Man okazał się być sympatycznym panem z dużym brzuszkiem, czerwonym nosem i fałszywą białą brodą. Nie był specjalnie nadkruszony przez trudy niewoli, wręcz przeciwnie, dobry nastrój go nie opuszczał, podobnie i chęć niesienia wszystkim pomocy, której długo nieść nie mógł. Z wdzięczności obiecał spełnić ich trzy życzenia, niezwykle dobrze, że w pobliżu był sprytny bosman galery, który w pierwszym życzeniu wymyślił aby mieli prawo do czterech życzeń , Bar-Man nie chcąc ale musząc przystał na to. W pierwszym życzeniu bosman poprosił naturalnie o czternaście tysięcy hektolitrów rumu, ale Bar-Man ze smutkiem stwierdził, że do transformacji w Bar potrzebna mu jest budka telefoniczna, prawdziwy heros nie może się bowiem przebierać publicznie, a jego przenośna budka telefoniczna została w depozycie w Lochach gniew-Amona. Na szczęście Puczatek miał pokładową budkę w ładowni, więc szast-prast, i siedzieli wszyscy w późnoczeskim modelu latającej gospody parę podskoków ponad pokładem sącząc rum i polityczne argumenty. Sączenie przebiegało na tyle sprawnie, że w pewnym momencie Dermot postanowił jako kolejne życzenie uzyskać niewiarygodną zdolność wysikiwania się do dowolnej mydelniczki, co stało się ciałem. Nadszedł jednak czas interesów, bo z bocianiego gniazda obwieszczono, iż zbliżają się Nie Wiadomo Dokąd, które tego wieczoru miało miłą cechę bycia bardzo blisko.

 

rozprawa z rockersami

 

   Rockersi byli ugodowi, nie oparli się ofercie pysznego malinowego denaturatu jaki przyrządził im Bar-Man, później jednak nie chcieli za nic wejść do ładowni puczatkowej galery. Najbutniejszy, przywódca ich związku zawodowego, zastępca Spartakusa, Pryncypialny Joachim odziany w złowrogie chromowe łańcuchy odezwał się w te słowa

- Nasze postulaty, co nie, to 14 godzinny dzień pracy i muzyla, co nie, bo my chcemy muzylę przy pracy, nie, i codzienny dostęp do Bar-Man -owych pyszności, i jeszcze szip-szagging co niedziela.

- Straszny będzie mój gniew jak go okażę - odpowiadał Puczatek - bo nie godzi się żeby zwykły rockers warunki świętobliwym stawiał - widać było zatem, że pertraktacje nie będą łatwe. Ale nie były też ciekawe, więc Dermot postanowił zmienić scenografię.

 

     Pozostawił wszystko za sobą, ponieważ zaaferowany pewną ciekawie zagrzybioną klapą w suficie Bar-Mana otworzył ją, a co za tym idzie wszedł w utworzony tym sposobem otwór. Wydostał się wówczas na sam środek Deptaku, tuż naprzeciw placówki Fundacji Pomocy Samotnym Metkom. Zadumał się przez chwilę nad tym politycznie poprawnym przejawem twórczości Rady Gorada, finansującej z podatków dokarmianie Metek, czyli kobiet po kuracji sterydowej. Poczuł natychmiast wzbierające pokłady nonkonformizmu i wyciągniętym zza pazuchy markerem nabazgrał na poszarpanym plakacie hasło przeciwko przemocy gliniarzy, którzy ostatnio mieli zwyczaj rzucać swoimi wyrobami z balkonów na przechodniów. Dermot pomodlił się jeszcze przy miejscu męczeństwa proroka słonizmu, Słonia, zadeptanego tu ongiś przez sfanatyzowany tłum. Potem wszedł do "Knajpy" i rzucił mętnym spojrzeniem wokół.

 

- Tej, czujesz się już lepiej? - wymemłał Nalewacz międląc bułę.

- Oddawaj moją bułę - warknął Dermot podnosząc poziom nieprzyjemności w powietrzu.

- Oi coś nie tak - pomyślał sobie Nalewacz, ale podał mu bułę, posypując bonusowo wyciągniętym zza kontuaru kuszyckim pieprzem. Dermot zasiadł na paranoicznie wysokim stołku barowym, zawsze takie negował jako dyktat dekadenckich projektantów. Westchnął ciężko i wciągnął tabaki z ozdobnej tabakiery. Siedząca obok Panienka zapytała się co mu jest.

- Wiesz, Nie Mogę Odnaleźć Się W Otaczającym Mnie Goradzie I Drażnią Mnie Granice Poznania, Bo Nie Wiem Po Co Mi One.

- Oj, to tak jak moja koleżanka, ona kiedyś była na wycieczce w południowych dzielnicach, i im się autokar zepsuł.

- Wiesz, Robię Tak Wiele Rzeczy, Powiedziano Próbujcie Wszystkiego, Ale Nie Wiem Co Jest Ważne.

- Uch, popatrz, poplamiłeś się...

Dermot nie popatrzał.

- Nic z tego nie rozumiem.

-       Czy Bar-Man może zostać zbawiony? Czy on pójdzie z nami do Walhalli?

-       O kim teraz mówisz - zainteresował się zwykle płaski Nalewacz.

-       Opowiadałeś mi o nim. Poznałem Bar-Mana.

-   Ho- Ho - był to chyba śmiech - Ho Ho - Bar-Man -Ho-Ho-to stary nalewajski dowcip-ty naprawdę uwierzyłeś w jego istnienie? Taki mądry a taki głupi...

-       Chciałbym w coś wierzyć.

-       Ja bym chciał...

     Trzask!

To pękła szyba

-       Przez którą wszedł - pomyślał Dermot - Dagda.

-       Oj - rzekł spłoszony Nalewacz.

-       Pog mo thoin - przywitał się Dermot.

-       Też tak - wybełkotał Dagda, czerwieniejąc na wielkim nosie.

Zziuut! - świsnęła dzida lecąc przez bar. Ąą! - jęknęła bura mucha przygwożdżona do portretu oberburmistrza bez  alternatywnego wyjścia.

-       Oi, Oi , pięć punktów - wybełkotał Lug zwaliwszy się na Dagdę.

-       Nie dodał... - pomyślał Dermot.

-       Dobry jestem, nie? - dodał jednak Lug z podłogi.

-       Kulwa, ale się ubru - ubru -ubrudziłem - wybełkotał Ogma wchodząc w resztę szyby.

-       Uśmiechnąłem się - pomyślał Dermot

-       Bo jesteśmy w komplecie - dodał Bar-Man.

A zatem radzieckie bajki na dobranoc nie kłamały. Najważniejsza jest przyjaźń.