How's a wi you, kimmer
And how do ye fare? A pint o the best o't,
And twa pints mair.
My name is
Dermot. Dermot. Nie wiem dlaczego
ale mój ojciec jest chyba bokserem. Gang zabił mi rodziców. Nie nie. To Augusto Pinochet.
W każdym razie wyszedłem na ulice bo lepsze zimno niż dym nieprzyjemnych osob, a taki czuć było tam wszędzie. Nawet w szeisenkabine, co okazała się nie mieć podłogi, dziwne co? Wiało tam kosmiczna pleśnią i język lepił mi się
i wychodziły z gęby grzybowe beki, co nie było
estetyczne za bardzo jako ze przypominało mi Pizze Chut
gdzie zwykł jadać nadburmistrz po premierach w megakinie.
Byłem tam kiedyś i widziałem jakiś film, bardzo smaczny popkorn
i duża kubatura, także ładne światło efektownie iluminujące displeje
premiera z nowej pełnometrażowej reklamówki rządu, tej co
wiecie, pokazują jak zdobywają na Wschodniej Marchii lupy na łelfer.
Dobry plejs , bo wyglądało w
istocie (kino ofkorz) jak lokalna forteca Warszawy z
tymi megalitycznymi słupiszczami, krwawą kopulą i
kostką brukowa w modne wzorki. Jedynie zamek na zachodzie jest ładniejszy, ale , to kwestia gustu.
Aye, to chyba Pinochet,
na bilbordzie Instytutu Jasności. Krom, jak zimno. Gdzie ja jestem.
No tak, po prawej Wielka Wieża Zegarowa, po lewej kasztel imć Bogdana
Brody od lat pusty, smutna historia, tak, Halszka porwana przez trolle znad rzeki co chciały nieskażonego mięsa z południa, ale,
nieporozumienie. Ich posłaniec zgubił się po drodze, cos tam nie wyszło , utkwił w jednej z tych knajp na wschód od rynku,
gdzie podają skwaśniale piwo jeszcze sprzed pierwszego pożaru browaru. No i nie
dotarł na czas, a oni, honorowi, tak.
Verdammt, gówno. Zarznę
dziś kolejnego zakładnika, niech te cholerne psy wiedza kto
rządzi w mieście. Tak pomyślałem, a kolo mnie przemknął wielki czarny automobil i jeszcze
jeden. Zamrugały światłami i wjechały w zamkniętą strefę. Czemu ja nie wiem
wszystkiego, czemu życie przemyka się obok mnie jak ludzie na Marcińskim Prospekcie w dzień targowy, cos się dzieje obok,
oni maja własny świat śmierdzący kanapkami, parszywymi francuskimi perfumami i
trunkami nie wartymi ust człowieka Północy, no i szwargoczą z tym pełnym rylskiem, to tak to nie tak , a wy i tak nie wiecie.
A ja wiem, bo byłem w samym sercu
Farmy, i wszystko wiem, i będę wiedział jeszcze więcej. Wiem na przykład jak unikać
zorganizowanych grup niepełnoletnich Mutantów z klanów wyróżniających sie magicznymi pasami na dresach. Unikać ich należy bo ponoć przywleczono z Wildy jakąś zarazę i nic nie
wiadomo. Folk mówi ze ich czapki przykrywają zewnętrzne oznaki, ale tego się
nie boimy, gorzej z dezorientacją, przy ciężkich atakach stoi się przed swoja
klatka na ogol na schodach z kompletnym zanikiem pamięci i kierunku. A zimę
mamy przecież ostra.
Krom, znów jestem na rynku. Na niebie ledwie widoczne
zbierają się kruki. One tam są , choć głupio to brzmi.
Dla was może to zwykle niebo oświetlane łuną z neonów i reflektorami z bankietu
rady miejskiej, niebo - scena ogni kończących Festiwal, niebo, pretekst do narzekań
- ale ja go prawie dotknąłem, w miejscu gdzie jest najniższe, w centrum miasta,
osiągając niemalże szczyt Ratusza w szaleńczej próbie, bo tak całkiem udać się
nie może , nie może być tak łatwego przejścia, ale przejścia
chyba istnieją. Czasem się o nie ocieram, czasem mi się udaje. Przekroczyć
granice poznania. Aye, to dobra noc
,one to wiedzą, kruki, chodźmy wiec, pokaże wam. Nie będę dzisiaj patrzał
na te twarze, słuchał śmiechu bez podstaw i pustych słów. Nie w taka noc. Czuje
w sobie krew Cuchulainna, siłę boksera, choć nie wiem co to ma do rzeczy, bo tam gdzie idziemy są one zbędne.
Ha, nie znacie tego podwórza? Bo nie prowadzi ono donikąd dokąd
byście widzieli swój mały sens chodzić. Ile uszu musi mieć człowiek
aby usłyszeć płacz wokół? Wówczas pomyślałem, hu du
fak em aj toking to, i
zrobiwszy to wszedłem do Faszyzm Kafe. Tam gdzie
kobiety noszą futra i sa czarne ale
nie na twarzy a mężczyźni siedzą na niewygodnych krzesłach (ale tak by siedzieć
jak najlepiej). Poprawiają swe golfy i pija picie gdzieś określane pedalskim, ale tu kul-na-topie. Wszakże
wszedłem żeby się wysikać.
Zatem widzimy ze Dermot
przeżywa wyraźne rozchwianie świadomości i ma za dużo wolnego czasu. Usiłuje
nam wyraźnie cos przekazać, ale co? Jego umysł krąży i oddala się choć domyślamy się o co chodzi. Jest to rzecz dość
oczywista. Ale Dermot przekonany że
dzierży wiedzę o tym sam jeden przytłoczony jest tym przekonaniem i nie potrafi
tego wyartykułować. Chodzi mu niewątpliwie o to - i był już o krok od
wyjawienia- ze pod miastem znajduje się biblioteka, z której czerpie on swoją
wiedze-niewiedzę o świecie, biblioteka nieprzebranych zasobów, w istocie bez
granic, tak jak granic nie ma rozwijająca się w tyle stron rzeczywistość, i
biblioteka ta jest instrumentem pozwalającym naszym kalekim zmysłom postrzec choć cząstkę Prawdy.
Toaleta znów capiła
pleśnią. Coś w tym jest, wszędzie tak samo, rząd przed nami coś ukrywa. No
oczywiście nie capiło na dworze, gdzie zimowe
powietrze wdzierało się do gardła i pustej butelki po winie jabłkowym
jaką miałem w kieszeni. O czasy, gdy w ciepły wieczór nad kawałkiem
placka piło się wino z przyjaciółmi, a grajkowie przygrywali i hall nasz chronił
od wiatru, ciemności i pustki omiatanych śniegiem dróg. To wszystko przeszło
bezpowrotnie, aye, czasy. Ale pleśni nie ma też w
Bibliotece gdzie was teraz prowadzę. Słyszeliście o wielkim jesionie, co rośnie
w środku świata? Mamy tu też taki, myślę że nasienie
przygnał wiatr, bo ze wschodu gdzie środek świata leży są czasem srogie wiatry.
A z korzeni jesionu świata tryska źródło wiedzy, czy to jednak oznacza ze tak
jak drzewo płodzi swe dzieci, świat też się rozszczepia, i nie wiemy gdzie leży
jego środek? Myślę że jeszcze nie wiem. Krom, właśnie
sobie przypomniałem że zapomniałem jak dostać się do
tej cholernej Biblioteki.
Właściwie to nie jest biblioteka.
Ostatnio trafiłem tam przez podwórze na którym stał
Pub Zagłady, ale go zniszczyli, bo niszczą wszystko co piękne, kolejny kawałek Mordoru. Tam jest wszystko- miliardy książek, ale i linia
kolejowa jeżdżąca znikąd donikąd i wielki pusty budynek na środku równiny która jest jak lodowy księżyc, bo mimo iż wokół
ciemność ta równina świeci złym białym światłem, i budynek wygląda jakby stał w
lodowej pokrywie. I stoi pusty, tak nie ma tam tylko
ludzi, tego bardzo brakuje. Jest wprawdzie człowiek w czapce robotnika, który
ogląda telewizję i mówi mi wszystko, której dzieweczce kazali się jak
uśmiechać, która szitti piosenkara
udziela szczerego wywiadu bo właśnie spadła krzywa sprzedaży jej płyt, i musi
sobie ją podnieść, i co robił ten pan zanim wszedł na wizję , i jak ten
minister z końską facjatą śmiał się z bzdur które mówił publicznie w TV potem
na przyjęciu, a przyjęcia
to on ponoć lubi zwłaszcza z artystami, a nieprawda, bo jedyne co
lubi jego serce to polowania z własnymi jaszczurami na chłopów na
Zamojszczyźnie. I w mojej bibliotece nie ma zdrowego jedzenia i coli i past do
zębów, jest za to piwo, ser, kalarepa i dużo grzybów. Mówiłem
że nie ma pleśni? I co z tego, czy wy faking łankers musicie się wszystkiego tak czepiać?
Dopiero wówczas odkryłem
że moi brańcy z dzisiejszej nocy, dwa bezzębne
zwergi zwisają bezwładnie na końcu łańcucha na którym
ciągnąłem ich za sobą. Najwyraźniej nie odpowiadali na moje pytania
bo dosięgła ich zemsta Durina, ale to inna
sprawa. Hehe, opowiem wam kiedyś co
robi Durin co miesiąc w piwnicy u Kroma, ale się
uśmiejecie. Teraz jednak Wieża daje znaki że czas
wracać do swych kwater, jutro wszakże trzeba oddać jej kolejny dzień swego
życia. Ufam, że niedługo wprawdzie.
666
Zatem
jak mówi Pan :"Trzykroć raz siedem szukać
będziesz a i tak nie dane znaleźć ci będzie, boś nie tam szukał gdzie znaleźć
byś mógł gdyby było ci dane." Zapamiętajcie te słowa, bo waga ich jest
wielka, większa niźli kubłak na piwo olbrzyma co w świętym młynie mieszka i miele zboże dla
całego kraju Kusz. Atoli nie o tym mi dzisiaj mówić. Wywód ten zmierza do
udowodnienia wszelakim niedowiarkom, że świat nasz marchwi ma kształt. Dokonane
to zostanie prostą i ingerencje szatana wykluczającą metodą, jako że oczywistym
jest że nie ma on kształtu termometru, beczki dębowej
ani krokodyla. Primo, nie ma kształtu termometru, bo i mieć nie może, jako że
wiadomo, iż urządzenie to służy do mierzenia prędkości z wysokości spadających
przedmiotów rozmaitych, wespół z nimi w tym samym czasie rzucone i poprzez
porównanie ich tendencję do ziemskiej powłoki wykazujące. Secundo, wbrew
szkodliwej nauce Herezjusza na górze Cytadelnej wyznawanej, beczki dębowe nie do duchów (w noc u
schyłku lata) łapania, ale do postnej medytacji używać się powinno,
przynajmniej 3 dni wewnątrz przebywając, co by złe myśli cięższe od powietrza
na dno opadły, a dobre, niczym powietrze rozgrzane przez otwór w szczycie
beczki do szklanych słojów przewędrowały i rok cały w kłopotach nam zawsze
służyły. Wynika z tego zatem niezbicie, że świat
beczki dębowej w niczym nie przypomina. Ostatnie wreszcie spostrzeżenie wypada
mi przytoczyć ,że nie może nasz świat, w swej
łaskawości przez Pana nam ofiarowany, krokodyla mieć kształtu, bo cóż to jest
krokodyl, nikt w naszym opactwie pojęcia nie ma. Przeto konkluzja płynie
oczywista w swej prostocie, a dla oczu głupca bez pomocy luminarzy wiedzy
zupełnie niewidoczna, że świat ma marchwi kształt, czego starałem się dowieść
a, że jak wszystkim wiadomo gród nasz najdoskonalszym w tej krainie jest, na
czubku marchwi leżeć musi, marchwiowym lasem jakoby
pierścieniem otoczony, ale nie za blisko, bo blisko
jak wiadomo rozległe się łąki i jeziora i pole buraczane i żyto i fabryka
zabawek znajdują. A kto inaczej twierdzi, niechaj spadnie z łóżka w środku
nocy, ten rudy kark sobie skręci i w nocniku swym się utopi, a jego gnomy mu
się zbuntują, plecioną matę z wizerunkiem świętego Hipokrycjusza,
tę co żarówkę na niej z lewa na prawo wkręca, na Targu
Wildeckim sprzedadzą i ani śrubki niech z tego nie
zobaczy, bo nieżyw zresztą będzie. Kto zaś ufność w
słowach tych pokłada, niech da co łaska na nasze opactwo, a oczekiwać może, że brat
Anzelm w swej dobroci wyjawi, jak członków obcinanie na poprawę pogody może wpłynąć. Teraz jednakże picia soku z pokrzywy pora nastała,
ku chwale Pana naszego, jedynego i niepowtarzalnego, Tadeusza z Pleszewa, zatem
traktat mój kończyć mi wypada, bo i tak potem zapomnę gdzie go zostawiłem.