|
Copyright © by Światosław Wojtkowiak,
1999
Światosław Wojtkowiak
Dagda,
ale Kino!
Wiedziałem,
że jesteśmy mało grzecznymi chłopcami, ale nominacja na chuliganów miesiąca
miło połechtała nasze ambicje, no zwłaszcza Luga, który podskakiwał wesoło na uroczystości
ukazując wszystkim w półobrocie agresywne ogamy
jakie wyrysowałem mu na boku jego dresu. Był tego dnia niezmiernie
ekstrawertyczny, zwłaszcza obściskując prezenterkę, tego jak to jest, „Młodzieżowego
Pojazdu Opancerzonego kol. Andrzeja „, nie bacząc na to że nie wypada
takich rzeczy czynić nie mając na sobie nic poza dresem i torquesem/a nagi tors błyszczy mu w świetle
jupiterów, kolega Lug to najlepsze ciało w kraju/
Cóż , taki jest Lug, nie
jak powściągliwy Dermot, który nie chciał wcale przyjąć przechodzonego
orderu chuligana, bo musieliśmy w tym celu jechać do ośrodka
propagandy w stolicy, której , jak mawiał szarańcza i zgniła
danina z pyr, a nie respekt się należy, i zaszczycanie naszą
obecnością i głupie się uśmiechanie do kamer.
Spokojnie, Dermot, powiedziałem, obiecuję ci że 1.
nie będziemy się uśmiechać, no może poza Lugiem 2.
Dagda zabierze ze sobą swe dzikie wieprze, aby a) trzymać tambylców na
dystans b) wyniuchać z ich pomocą plantacje
grzybowe c) stylowo wyróżniać się z tłumu szaraczków. Fason, to
właśnie lubił Dermot, więc pojechał. Jaki był zatem
plon naszej wizyty? Nie uśmiechaliśmy się, poza Lugiem. Sialiśmy respekt
i promieniowaliśmy fasonem. Dostaliśmy luzackie ordery w biało
czarną kratkę. Nie znaleźliśmy nawet marnej uprawy pleśni ściennej. Ale za
to weszliśmy w taką bramę, żesz ty,
platynowy widelec temu kto był tam przed nami,
Dagda zacznie opowieść, więc sza.
Jadłem wtedy pikantnego kurczaka z baranim
nadzieniem, z właściwym sobie nonkonformizmem, bo operatorzy żelaznych
kamer sugerowali rozpaczliwymi gestami że to nie
pasuje do konwencji programu. Nie mogłem jednak nie jeść, przecież nie
chcemy agresji, ale jak się okazało uczucie które we mnie narastało nie
było agresją, ani pożądaniem, mimo, że te panienki od makijażu, hm,
a te częstujące żabami, a te z chórków, hm, w zasadzie
wszystkie mnie interesowały, ale byliśmy w celach zawodowych, więc
może to było też trochę pożądania, ale głównie - jarmarczność
- dawno nie odczuwana tak intensywnie , co
potwierdzili później kompani, nawet tandeciarz Lug. Jarmarczność to uczucie
dla naszej szajki szczególne, mistyczne, o wpływie prawie boskim,
nieporównywalnym z niczym, zapomnijcie pleśń czy magiczne kartofle,
jarmarczność w odpowiedniej sytuacji otworzyć może bramy
kiedy indziej szczelnie zawarte. Jarmarczność daje nam kopa do
życia, winduje nas wysoko. Składa się z wielu bodźców, narasta
stopniowo, jej lekki posmak czuć na Wieżowych potańcówkach, nieco inna
wersja działa na nas na Wielkim Targowisku Koło Stadionu za MegaKinem. Dermot utrzymuje, że czuje ją czytając
biuletyny murgrafa CiasteczkoLeibnitza
i oglądając telewizję vivaeinz. Jest
w szerokich spodniach, obcisłych bluzeczkach, czarnych i białych
klawiszach, moherowych beretach, hełmach z żółwi, ulotkach o jedności,
była w spalonej Jamie, swoiście pojmują ją trolle znad Warty, inaczej
ci błazeńscy abolicjoniści, powietrze aż drży od niej gdy
przez hutnicze dzielnice zwolenników bigbitu maszerują wielokolorowe
pochody Zjednoczonego Kościoła Czcicieli Marylin Manson i Brit Nay Spears.
Gdy jednak staliśmy tam, w przybytku
propagandy, z orderami chuligana, wobec ton żelu, plastiku, szminki,
kłamstwa, uśmiechu, luster, kopii kopii,
wypchanych biustonoszy, spermy i coca-coli, odrzucenia, oderwania,
nudy tego całego >tak musi być nic się nie da zrobić<, to poczuliśmy
jarmarczność w całej jej krasie, jarmarczność która
w swej przeintensywnej pustce i smutku
pozwoliła nam ujrzeć jedno z piękniejszych wejść, tam gdzie wyprawiamy
się najchętniej, do lepszego ze światów, dostępnego tylko /lub prawie
tylko/ tym którzy znają kontrast między uczuciem jakim jest jarmarczność
a widokiem bezlistnych koron drzew w jesiennej rdzawo oświetlonej
mgle na zboczach góry Cytadelnej - prawda,
Dermot?
( > wyprawa Dermota )
Tak - Dermot rozniecił ogień w tlącym się
już ledwie śmietniku.
Stanęliśmy przed ładną, odrapaną kamienicą
która mieściła bi-Kino. Tak stało na
blaszanym szyldzie, a runy pod nim mówiły że
wyświetlany obecnie w obu salach spektakl zwie się Pancernik Potiomkin.
Nad nami wielokrotnie przebudowywana katedra rzucająca cień mimo i tak
czarnej nocy, przed nami pokryte pajęczynami, naturalnie skrzypiące drzwi
i kasjer o sumiastym wąsie mówiący językiem przybyszy zza
Wschodniej Marchii, i żarówka migocząca nad nim i brudne okienko pod którym przesuwał bileciki i marmurowy
automat na szczycie wijących się ponad budą kasjera schodów. Pierwszy
pokonał je Lug, za nim ja i reszta. Odczułem , nie
wiem dlaczego, że automat pokryty jest, zwłaszcza w misternych
żłobieniach bardzo złą pleśnią, ale mogło to być złudzenie. w każdym razie Ogma pomógł przeczytać inskrypcję
nad wlotem na monety.
>naści Popkornu, a wasza rozrywka nadludzko chwacka budiot<
zrozumieliśmy zatem, że jest to automat z Popkornem
>zrzuta towarzysze, na megasajz,
w końcu kino bez popkornu to jak wesele bez brańców i miodowych tabletek.< rzucił Dermot, nie bez racji.
na tablicy rozdzielczej
wybraliśmy mój ulubiony wariant : Kocioł Bez Dna. Teraz nastąpiła
konwersacja z dwuosobowym przedzieraczem
biletów przed jedną z sal, w której, jak oczekiwaliśmy miano
wyświetlać nasz film.
>dobry wieczór nazywam
się Natasza, jaka ładna świnka -powiedział czochrając jedną z mych
przybocznych ładnych świnek >dobry wieczór nazywam się Misza, nie wejdziecie
z tymi zwierzakami< też powiedział, a moja świnia odgryzła mu
łeb.
wtedy minęła nas para ,
młodzian w kożuszku i młodzianka w płaszczyku.
do filmu pozostało
- więc pojedliśmy popkornu był dość dziwny
w smaku no ale nie żeby aż tak.
Bo jak wleźliśmy na salę, to się okazało
że wszyscy śpią.
***
to ja byłam młodzianką w płaszczyku. szliśmy
sobie z lancelotem na coś w rodzaju
randki, podobno miał to być niezły film. minęliśmy
grupę jakiś obdartusów obżerających się popkornem
- my nie znosimy popkornkultury
- i rozsiedliśmy się w wiklinowym fotelu, nasz model był
naturalnie dwuosobowy - czekając na start. czekanie
umilała nam trupa wesoło podskakujących karłów w zielonych cylindrach
i takich że kubraczkach .miłe było także wino
jabłkowe, miły był wyjątkowo lancelot. siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, nie dało się więc
ukryć że nie mamy popkornu co wytknął nam
oskarżycielsko jeden z zielonych. powiedziałam
idź mi w pyry, ale on mimo to uśmiechnął się i z kapelusza
wyciągnął woreczek z białym świństwem, niestety o moim ulubionym
jarzębinowym smaku, mówiąc może jednak piękna panienko na koszt korporacji.
nie powinnam była tego czynić. zaczęła
się kronika filmowa. zmiarkowałam, że coś jest nie
tak, bo karły nagle zerwały się do ucieczki, jakby zapadając pod ziemię,
i w tym samym momencie na salę wtoczyli się ci chuligani - jeden
w cylindrze, drugi półnagi , w dresie, trzeci straszny grubas
z dwoma wieprzami, oraz rudzielec o mętnym spojrzeniu. wtedy włączył się film.
***
>nie, wszyscy nie
spali, ta dziewka patrzała się jeszcze na mnie , zanim tak jej łeb do tył
nie odpadł >skorygował Lug.< a reszta
to też, hm ,raczej wiła się jakby się najedli robaków, a z ust
szła im piana. No i mówię, że widziałem tyłek leprechauna,
jak go wciągali w okienko operatora. Było nie było, utorowałem se drogę do fotela, takoż zrobili i inni. Niech se śpią psubraty - rzekłem do Dermota,
a ten splunął do cylindra, zabełtał, i odparł, że wietrzy
podstęp. Takoż i było. Bo ledwieśmy przyjęli nasze tradycyjne kinowe
pozycje, to szlag mnie chybił o parę rzędów, gdy na ekranie ujrzałem
ów napis - zaraz, miał być Pancernik Potiomkin - a przede
mną tą przebiegłą facjatę z pejsami i żądzą złota w oczach
- poznam was wszędzie od kiedy McClusky wykręcił mi z rydwanu złote kołpaki
- i ten pokurcz sięgnął ku mej szlachetnej osobie chciwą ręką
myśląc że śpię. Obyś mieszkał na Ratajach - zgrzytnąłem i dałem
mu z bani. i w tym momencie popkorn chyba w końcu zadziałał na tak mocarnych
podróżników jakimi byliśmy, bo okazało się że jestem plakatem filmowym, ze
ściany tej halli patrzącym na dynamiczną skądinąd scenkę dawania przeze
mnie w banię zielonemu leprechaunowi.
Widownia nie spała, wręcz przeciwnie, rewolucyjnymi okrzykami komentowała to co działo się na pokładzie zrewoltowanego pancernika,
co jednak nie dawało mi spokoju, o ile plakat może mieć takie
wątpliwości, to że spektaklem na ekranie była ewidentnie Kasablanka, ponadto oznaczona w rogu ekranu nader
nienawistnym logo.
***
> moja świnia
zwietrzyła przejście pierwsza, bo zjeżyła się jej szczecina na lewo, czego
zwykle nie czyni. Wtedy prawdopodobnie nastąpiło rozbicie jedności miejsca
i akcji dla całej naszej szajki, bo ja na ten skromny przykład
poczułem z jednej strony ogromną ochotę pochrumkania
i odbycia kopulacji z ulubienicą mojego pana, spoczywającą po
drugiej stronie jego mocarnych nóg - stałem się
zatem własną świnią - ze strony zaś drugiej znalazłem się
w podwójnym wiklinowym koszu miłości z cieplutką panienką
o której wiedziałem że zwie się ginewra, co
było o tyle dziwne, iż zwykle nie pamiętałem ich imion. Wokół nas, com zauważył wydobywając głowę z gęstwiny jej
włosów wszyscy smarkali w jedwabne chusteczki i nosili dwurzędowe
garnitury, a ci co ich nie nosili wkładali
sobie fifki z drogimi papierosami w malinowe usta. Zerknąłem
wokoło i nie spostrzegłem kompanów, będzie kłopot , tyle
jest światów w których mogli wylądować, zachrumkałem,
a mój pan podrapał mnie po głowie.
>Dagda, ale kino< zagaił siedzący
w koszu obok gbur ze szpiczastym wąsem jak don Pedro,
zagaił jednak głosem Ogmy< mój głos, Dagda jest w tym halibucie.
Moje ciało leży jednak na fotelu, tam gdzie się znalazło
gdy trafiliśmy na tą dekadencką projekcję. Ciało wykonuje właśnie
bardzo nieskoordynowane ruchy i nie jest w stanie cisnąć zaklęcia
na leprechauna który obrabia je z portfela, podobnie jak czynią
to inne z synów wieprza, o przepraszam, nie obraź się, na sali
która przeniosła się właśnie do świata w którym dziarsko ogląda
rewolucyjną projekcję, podczas gdy w sali bi-Kina
do której trafiliśmy na początku pieprzone karły puszczają Kasablankę. Chyba wiem o co
tu chodzi, tym bardziej że właśnie obrabiam samego siebie, jako jeden
z zielonych szewców tych czarodziejskich ladacznic. Oni nam chyba
dali magicznego Popkornu, ale nie działa na nas
tak jak na to pospólstwo, któremu się po prostu zmieniła projekcja
z pancernika na... <
>... Kasablankę, tak
te typy tu to oglądają, nie, to nie do ciebie ginewro<
> Lug się zawiesił wraz z jednym
z nich, daje mu w banię od dziewięciu godzin, jeśli dobrze liczę
upływ czasu, i chyba są między światami, ewidentnie się zawiesili<
> to co robimy?<
>nadzieja w Dermocie, zniknął z fotela, , jest najmniej
magiczny z nas wszystkich, więc jest szansa ,że na niego Popkorn nie podziałał. <
Wówczas zdałem sobie sprawę, że nici
z kopulacji, wstrętna maciora zapatrzyła się w Pancernik
Potiomkin. Cóż, przynajmniej jest ginewra.<
***
>mylili się, na mnie Popkorn zadziałał najmocniej, sądzę ,że było to
wynikiem silnej interakcji z jarmarcznością i ogólnym zmęczeniem
po wielonocnych dyskusjach z Jakubem Puczatkiem
czy znaki na niebie i ziemi naprawdę wieszczą powrót okrutnego Koziołaka. Ja twierdziłem że
nie, ale Puczatek był zwichrowany psychicznie. No ale gdy po kronice filmowej ujrzałem na ekranie
czternastu białych murzynów palących papierosy w zagrodzie Bric bruiden Na’m Bolg, czyli tam gdzie spotykałem się nieraz
z czarną wiedźmą na lekcjach przeklinania, to zmarkowałem
że czas do ustępu. Zawsze chodzę do ustępu w niepewnych sytuacjach, to
swoisty odruch obronny, przeczekuję tam niepewne sytuacje i wracam na
przykład na przyjęcie z uśmiechem na ustach i nową anegdotą. Przy
wejściu minąłem młodziana w kożuszku i młodziankę
w płaszczyku wchodzących do środka. Ku memu zdziwieniu wyjście
z halli kinematograficznej nie było sprawą prostą, bo zagradzało je
mnóstwo szmat, sukienek z zeszłej dekady, spodni z cekinami,
futrzanych dresów i kolczug. Ostatecznie się udało, ale uderzył mnie
fakt, że wcale nie planowałem wydostać się ze Starej Szafy
w podziemiach baru-restauracji-pubu „Lew
Czarownica i Stara Szafa”. Zatem zawróciłem, i udało mi się wejść
do ustępu, i byłoby to pozytywne, gdyby nie fakt, że na gazetach
toaletowych widniało solarne logo kosmicznie ogromnego Hipermarketu zza
rzeki. z profilaktycznie nasuniętym cylindrem
i ochronnie podciągniętymi wełnianymi skarpetami wyjrzałem na
zewnątrz. o grzmocie pioruna - zakląłem
z pogańska, bo była tam wyprzedaż fajkowego ziela - ekstremalna,
totalna, wybujała i niepohamowana wyprzedaż, a przecież byle
obniżka ceny, byle rabat czy sezonowa promocja potrafi przyciągnąć
niejednego z leprechaunów, największych w mieście
i podgrodziu amatorów przecenionego ziela! Ich barbarzyńska mowa
rozbrzmiewała zewsząd, między stoiskami z baranimi głowami, hałdami
kalarepy, próbowalnią rowerów
i eksperymentalnym działem wyhoduj-se-sam-łan-jęczmienia,
kolejki wiły się i skręcały, a gnomy-tragarze w rogowych
okularach wynosiły paki szczęśliwych nabywców. Aby wiedzieć
o co chodzi postanowiłem udać się po wróżbę do hipermarketowej
informacji, stała tam taka ładna, zawalona ulotkami i testerami
i choinką bo u nich gwiazdka rozpoczynała się zaraz po Beltane.
>Owszem< odpowiedziała zagadkowo
gdy zagadnięta> karły miały przypływ gotówki, nasi marketingowi mędrcy
wnioskują że zdobyły na kimś sporo bejmów, jeśli
zaś chcesz zagadkę tę przystojny młodzieńcze rozwiązać, udaj się na
sponsorowaną dyskusje-sympozjum w ringu pod parkingiem.<
Udałem tam się, rzeczywiście był wielki ring, mnogo
publiczności,( bo za darmo , zawsze twierdzę że
prawdziwe docenianie sztuki mierzy się w złocie i drogocennych bejmach ) ,i szalona dyskusja, jak się zdawało
>no tak, ale co z bosmanem Politrukiem-Praszczatrukiem< zapytał dramatycznie
matros w obcisłej pasiastej podkoszulce wyzierającej znacząco spod
konferencyjnej białej marynarki
>tak, co z nim?< wsparli
go pozostali matrosi irracjonalnie przykryci
płótnem żaglowym. Wielkie czarne pianino musiało powoli dobierać słowa,
żeby przekonać oponentów. Marynarz ten jest wyjątkiem, z pewnością
nigdy w życiu nie widział Kasablanki,
i to spowodowało że nie pasuje do ogólnie uzasadnionej teorii
o tym że marynarze tak naprawdę żądają tylko więcej jedzenia, tytoniu
i seksu, a nie zależy im bynajmniej na zmianie status quo, że nie
będą kontynuowali rewolty z powodów politycznych ,wbrew
instynktowi przeciętnego przedstawiciela niższych warstw społeczeństwa
o niezaspokojonych w pełni niższych potrzebach z piramidy
Maslowa nakazujących w matrosach konkurencyjnych pancerników szukać zagrożenia
dla własnej konsumpcji ograniczonych zasobów żywnościowych
i płciowych. Innymi słowy podważyć należy realność dalszego
postępowania po przejęciu władzy na Pancerniku, ponieważ naturalne byłoby
nie bratanie się z ludnością miejską i innymi matrosami, ale
gwałt i rabunek jak również wyskakiwanie na solo
o co lepsze sztuki płci przeciwnej. Każdy prawdziwy matros
w zawodzie matrosa najbardziej ceni sobie gwałcenie,
i perspektywa kariery pirata oraz nieograniczonego gwałcenia
odsunęłaby jakiekolwiek próby ideologizacji sytuacji i szukania szans
rozprzestrzeniania rewolucji na inne klasy społeczne, których los , zgodnie z hierarchią potrzeb, interesować
mógłby matrosa dopiero bo napełnieniu własnego brzucha i dogodzeniu
własnym lędźwiom.<
>kwestionujecie zatem
towarzyszu< do wielkiego czarnego pianina z Kasablanki
zwrócił się mały kaprawy okrętowy palacz opium szer. Sobaka<
wiarygodność psychologiczną naszej załogi?
>mniej więcej tak bym
to ujęło< uśmiechnęło się pianino> także ze względu na warstwę
językową, bo nie sądzę by umiejętności formułowania myśli i idei
pozwalały na sformułowanie czegoś więcej niż >za burtę z chujem
i idziemy się najebać<<
>nie znacie kontekstu historycznego<
>a może jednak pójdziemy się najebać?<
>niestety<
westchnęło sprytnie pianino> wasz los kontrolowany jest przez system,
którego częścią są zarówno scenarzyści, reżyserzy, Brit
Nay Spears, jak
i - a może przede wszystkim - wstrętne leprechauny
z budki operatorów , które w istocie rządzą kinem, narzucając
przy tym morderczą marżę. czy wiecie więc
- co robić? <
>a zatem jednak
rewolucja?<
>tak, ale w ramach
status quo, przejmijmy tylko władzę nad kinem , oraz pieniądze.<
>a gdzie są dupy?< wyrwał się Krawczuk
>tam gdzie władza i pieniądze< zaśmiało
się pianino.
>ha, ha< zaśmiałem
się za tłumem matrosów wpadając przez przerwaną błonę ekranu do halli
kinematograficznej bi-Kina, a zielone karły
przerażone przerwały swój niecny proceder obrabiania widzów z bejm i udziałów funduszy powierniczych<
***
Sytuacja wyglądała tak : Lug przestał być kredowopapierowym plakatem i dał wreszcie
z bani swemu oponentowi. Dagda opuścił erotyczno-świńską rzeczywistość
gubiąc po wsze czasy zawieszone gdzieś między
światami ciało lancelota, a skruszona ginewra w płaszczyku poszła do spowiedzi. Ogma
pozbierał się do kupy i rzucił takiego fajerbola że wszyscy
zamilkli i dali mu czas przeanalizować sytuację, niejako zatrzymani
jak wskazówki podziadkowego zegarka Dermota. matrosy, karły,
manipulowana widownia. hmm,
kto jest prawdziwą ofiarą dzisiejszego wieczoru. a może
to nasza szajka chuliganów wprowadzająca swą obecnością chaos do
uporządkowanego świata obrabiania jednych przez drugich, wyświetlania Kasablanki zamiast oczekiwanego Pancernika P., tego
całego rączka-rączkę , może to podróżnicy śmieciowych rydwanów nie powinni
się szwendać między światami, a raczej znaleźć sobie niszę rynkową
i otworzyć pub dla zwichrowanych? nikt nic
nie wie.
***
>ostatecznie<
podsumowuje Ogma> zadecydowało logo które spostrzegliśmy na taśmie Kasablanki, kopia należała do oberburmistrza
, musiała chyba pochodzić z osławionej prywatnej filmoteki
osobliwości, dewiacji i dekadencji Rady Gorada.
To oznaczało ułaskawienie dla karłów, z których parę przyłapaliśmy w budce
operatora. Jak sprytnie zauważył Lug , wróg naszego wroga jest naszym wrogiem. Nienawiść nasza do Nich jest większa niźli
honor, niźli zemsta, niźli chęć czynienia bałaganu. Nie mogliśmy karać
przedsiębiorczych ananasów - zwłaszcza że
okazało się że większość leprechaunów studiuje na rastafariańskim
uniwersytecie, a więc bi-Kino było czymś
w rodzaju dekaeefu, a na dekaeef, jak na matkę ręki podnieść nie wolno. i okradli Radę Gorada,
order im za to. w zasadzie, damy im wszystkie
ordery, szepnął mi Dermot, zasłużyli. byli trochę
nieufni, ale się ucieszyli. jak się okazało, bo
byli tak mili że nam pokazali, za projektorem, pod ich stołem z wódką
i nagą rusałką z resztkami sushi na
brzuchu znajdowała się klatka schodowa prowadząca wprost na tęczową stację
Szybkiego Tramwaju. pewnie stąd karły jeździły na
wyprzedaż ziela.
zatem wszystko dobrze się
skończyło, ale tylko według linearnej koncepcji czasu, a my jak
wiadomo mieliśmy popsute zegarki
postanowiliśmy uleczyć skołatane nerwy
w przystankowej kawiarni, tak więc udaliśmy się tam na parę łyków dynksu, bo było jeszcze trochę czasu do tramwaju
odchodzącego w willowe dzielnice.
>przepraszam, czy mają
państwo zarezerwowany stolik?< prowokacyjnie
zagadnął nas bramkarz.
> nie znosimy tych francuskich
wymysłów, z drogi chamie, idziemy na kumys<
>hola, czy nie jesteście przypadkiem tą szajką
ze Śródmieścia?<
>a czy wyglądamy na
poganiaczy z blokowisk? < zirytował się
Lug.
>no, proszę trochę
tolerancji. czekają już tam na państwa, ze
stolicy< zgryźliwie zgrzytnął zębami.
weszliśmy. w słabym świetle tęczowej żarówki bardziej wyczułem
niż dostrzegłem zgarbiony kształt. była to
niestety halucynacja.
prawdziwy esesman siedział
na własnym składanym aryjskim zydlu z IkeI
> dobry wieczór < zachrypiał >
przepraszam, jestem trochę przeziębiony. nieco się
spóźniliście, czas już wielki. nazywam się von Henczka.<
kontynuował
>nasza agencja została wynajęta aby przeeskortować pana, panie Dermot< znał więc jego
imię > i pańskich kolegów na bardzo miłą uroczystość do stolicy. nasz tramwaj odchodzi niebawem, o ile mgła na to
pozwoli. sugerowałbym abyście nabyli smokingi,
ordery chuligana będą się na nich nieźle prezentować.<
>zaraz, my już mamy te
ordery< oprzytomniał Dagda > galon kumysu poproszę.
>gdzie?< trafnie rzucił von Henczka.(
Naprawdę nie ma znaczenia jak się nazywał, ale nadanie bohaterowi imienia
ułatwia utożsamienie się z nim.) Czyli nas miał, bo orderów istotnie
już się pozbyliśmy.
niemiłą ciszę jaka wtedy
zapadła przerwał w końcu von Henczka.
> meine
herren, nie czyńcie trudności. jesteśmy
ludźmi cywilizowanymi, w pracy. jak będziecie
mili, w tramwaju stawiam wam golonkę<
Copyright
© Światosław Wojtkowiak
|