Z Cyganami w Mołdawii spotkałem się po raz pierwszy pewnego poranka, tydzień po prawosławnej Wielkanocy, w wiosce zwanej Lapusna. Mołdawia to kraj, który zachował wiele z dawnych tradycji, mimo wieloletniej przynależności do Związku Radzieckiego w trakcie której próbowano stworzyć rzekomo nowoczesnego sowieckiego człowieka. Jedną z takich tradycji jest zwyczaj wylewania odrobiny pitego alkoholu ( a te mają tu przednie i w wielu gatunkach ) na ziemię za zmarłych przodków, oraz całodziennego za ich dusze picia właśnie w niedzielę tydzień po Wielkanocy. Nic dziwnego, że w każdej niemalże zagrodzie w Lapusna, za drewnianymi malowanymi zwykle na zielono pięknymi płotami, spotkać można było całe rodziny zgromadzone wokół plastikowych baniaczków wina i butelek koniaku. Nic dziwnego również w fakcie, że około godziny 8 rano, po krótkiej wędrówce po wiosce w poszukiwaniu fotograficznych tematów skąpanych w porannym świetle znalazłem się przed lokalnym sklepem spożywczo- przemysłowym, gdzie trwała już wesoła libacja. Zaciekawiony usiadłem z butelką pysznego na śniadanie kawowo-koniakowego likieru przed jednym z dwóch ustawionych przed sklepem plastikowych stolików, ale już po chwili zmuszony zostałem przez gościnnych sąsiadów do przeniesienia obok. Nowy stolik zastawiony był napoczętymi flaszkami koniaku i pętami suchej, wiejskiej kiełbasy. Uczestnicy tak wczesnej imprezy, jak się okazało, to lokalni mieszkańcy, w tym wąsaty Cygan Misza oraz jego kuzyn, jaki z okazji święta przyjechał odwiedzić go z północnej części Mołdawii. Właśnie na północy skupiała się większość romskiej populacji zamieszkującej tej kraj, i wielokrotnie o tym przekonywany przez jedynego Cygana z Lapusnej postanowiłem się tam później wybrać.

 

Nie minęło jednak wiele czasu, a raczej nie wypłynęło wiele koniaku z butelki, a nasza międzynarodowa impreza rozkręciła się na dobre. Co ujęło mnie na samym początku, to gwałtowne wzburzenie gospodarzy, gdy wróciłem nagle ze sklepiku z nową porcją koniaku i kiełbasy. Jak się okazało, gościowi nie wypadało po prostu dokładać się do wspólnej libacji, to oni tu byli od częstowania. Jakże miła odmiana, pomyślałem, po afrykańskich wędrówkach, gdzie to zawsze mi, białemu, przychodziło odgrywać rolę dobrego wujka.

 

Mała gafa została jednak szybko nadrobiona, kiedy spod sklepu przenieśliśmy się do domu Miszy, a raczej przed dom, za wielki stół na który cygańskie dziewczyny błyskając złotymi zębami i czarnymi oczyma szybciutko powystawiały kolejne trunki i jedzenie. Nagle nie wiadomo skąd znalazła się gitara, mocno pijany już Misza zaczął pokazywać tatuaże z licznymi dziewczynami jego żywota, śpiewając przy tym piosenki. Za zestaw perkusyjny służyły szklanki i metalowe wiadro, impreza zaczęła nabierać coraz szybszego tempa i wrażenie teleportacji na plan jednego z filmów Kusturicy stawało się coraz silniejsze. Zdecydowałem się, że przejdę się na krótki spacer do domu, aby zostawić sprzęt fotograficzny i już niczym nie przejmować, okazało się jednak, że mimo wczesnej pory wszystko bardzo wiruje, kierunki nie do końca układają się w logiczną całość a przypadkowo napotkana na drodze góra piachu wydaje się całkiem wygodna do spania.

 

***

 

Drugi wyjazd był już całkiem zaplanowany. Przez ukraiński Mohylew i dziwne przejście graniczne o japońskiej nazwie Otaki, pełne przemytników pomidorów, dostaliśmy się w liczbie czterech osób do miejscowości Soroca, powszechnie uważanej za stolicę mołdawskich Cyganów. Wieść o bogatych pałacach przyciągnęła nas do tej skądinąd nudnej mieściny, i po zakwaterowaniu się w centrum, zabraliśmy się za butelkę wódki ( w tym kraju tańszą niż taksówka ) z przypadkowo spotkanym osobnikiem na Cygańskie Wzgórze, mimo bardzo późnej już pory. Pretekstem były poszukiwania kwatery do wynajęcia. Kiedy wysiedliśmy na skrzyżowaniu dróg i zarazem głównym placu cygańskiej dzielnicy i gdy otoczyły nas ciemne postaci w skórzanych kurtkach, przekrzykując się jedna przez drugą i gorączkowo gestykulując, poczułem się jak w domu, to znaczy w Maroku czy innym z podobnych krajów Trzeciego Świata, gdzie mały dystans tubylców w kontaktach z obcymi i bezpośredniość, tak kontrastuje ze spiętym i ponurym obliczem typowego obywatela byłego bloku socjalistycznego.

 

Następnego dnia, już w świetle pochmurnego poranka cygańskie rezydencje prezentowały się okazale. Znów zresztą bezpośredniość i otwartość na obcych tutejszych mieszkańców nie pozwoliła nam na anonimowy spacer i niemal każdy dom musieliśmy zaliczyć od środka, wysłuchując wykładu dumnych gospodarzy ile warte są złocone ramy luster, ile pustych i zbędnych pokojów wyposażonych, w co tylko się da ma ich dom, a zwłaszcza o ile więcej od domu sąsiada. Jak później słyszeliśmy nieraz z ust samych właścicieli, budowane z przepychem w stylu „rocco-barocco” rezydencje powstają według prostej zasady. Jeśli twój sąsiad ma dwa piętra, ty musisz mieć trzy, to najczęściej cytowana odpowiedź mieszkańców tych domów na pytanie, po co im tak wielkie rezydencje, które często stoją puste. Szczególne wrażenie wywierają tu sypialnie dzieci, ogromne komnaty ustrojone purpurowymi baldachimami łóżka, kilkumetrowe portrety wąsatych członków rodziny, otoczenie, w którym urocze, drobne romskie dziewczynki wyglądają jak zagubione księżniczki. Dzieci zresztą tutaj, dziewczynki na równi z chłopcami, są bardzo odważne i wygadane, a z rezolutnych młodych panien wyrastają pewne siebie kobiety, rzadkość w tradycyjnych kulturach, a rzecz typowa wśród Cyganów, gdzie normalnym jest kobieta przysłuchująca się czy wtrącająca do rozmowy męża z męskim gościem. Wiedzą zresztą, że w tradycyjnym społeczeństwie mogą być pewne swoich mężczyzn, bo nawet, jeśli figlują oni gdzieś na boku z blond Rosjankami czy Ukrainkami, to i tak wyjść mogą jedynie za Cygankę.

 

Jednocześnie to często właśnie kobiety pielęgnują tradycję, kiedy ich bogaci mężowie odziani w garnitury i złote zegarki z Moskwy krążą po dzielnicy w czarnych mercedesach, one na podwórku okazałej rezydencji gotują na gazowych palnikach, piorą w zwykłej misce czy też ( to raczej domena babć których dzieciństwo minęło jeszcze w taborach ) bawią się we wróżenie z ręki , i wyciąganie za to tych marnych kilka groszy za które nawet jednej złotej klamki do domu nie dałoby się kupić.

 

Skąd wzięło się zatem bogactwo dzielnicy, dlaczego w jednym narodzie mamy jednocześnie Cygana- synonim żebraka i innego - multimilionera? Złośliwi, nie przepadający za Romami Mołdawianie czy Rumuni twierdzą, że Cyganie dzielą się na tych, którzy kradną i wyłudzają oraz na tych, którzy już nie muszą, tyle już nakradli. Inna zaś bardzo rozpowszechniona w Mołdawii plotka mówi o hodowli i handlu marihuaną i innymi używkami na szeroką skalę, czemu mieszkańcy Soroki oczywiście zaprzeczają. Prawda zapewne leży gdzieś pośrodku, i nowobogackie rezydencje z marmurami, ale z łazienką na podwórzu do złudzenia przypominają styl życia rdzennie słowiańskich Nowych Rosjan, z którymi tutejsi Cyganie pewnie niejeden interes ubili, i to na pewno nie zawsze do końca uczciwy.

 

Pieniądze zmieniają ludzi, to oczywiste. Mimo iż nadal widać luz, picie porannej kawki w piżamie na murku w krzakach przed swoim pałacem, widać tą spontaniczność, ten błysk w oku, byciem właścicielem oznacza jednak więcej do stracenia, oznacza bycie ostrożnym, zaproszenie na noc do domu raczej nie wchodzi w grę, tak spontaniczne imprezy jak w Lapusna czy w Badiceni, do którego niedługo stąd pojedziemy też należą do rzadkości. Pieniądze także dzielą. Inna na pewno jest historia Barona, obdarzonego długą białą brodą przywódcy tutejszych Cyganów, a inna wściekłych, biednych staruszek, z pasją oskarżających Barona, iż jego wielopiętrowa rezydencja i stojące przed nią pancerne czajki kiedyś należące do Andropowa, że to całe bogactwo to dzięki defraudacji i korupcji należących do wszystkich publicznych cygańskich pieniędzy, między innymi odszkodowań, jakie w końcu zaczął wypłacać niemiecki rząd Cyganom prześladowanym przez nazistów, a pozbawionym dotąd takiego PR jak Żydzi.

 

***

Badiceni, wioska położona w bok od drogi wiodącej z Soroki na granice, do Otaki, to miejsce, w którym mieszkają Cyganie innego sortu, z innej klasy można by powiedzieć używając dawnej socjalistycznej terminologii. W biednej wiejskiej Mołdawii, kraju ludzi wciąż dziabiących pola prehistoryczną motyką tutejsi Cyganie wydają się jeszcze biedniejszymi pariasami. No, ale oni nie chcą pracować, przynajmniej nie na roli, od wieków brzydzą się takim zajęciem, preferując różnego rodzaju biznesy i kombinacje. Cyganie, jakich odwiedziliśmy w Badiceni są przy tym uroczymi, spontanicznymi ludźmi, i z pewnością, jeżeli będę na jesieni w Europie, skorzystam z ich zaproszenia na wesele, bo chociaż wiem, że oczekiwać będą od „bogatego” wujka sporo prezentów, to w zamian trafię na naprawdę niezłą zabawę. Zresztą, gdzie taki szaraczek jak ja może odgrywać rolę bogatego sponsora jak nie w wiejskim barze w mołdawskim Badiceni, gdzie piwa dla całej czteroosobowej rodziny wyniosą w przeliczeniu nie więcej jak 1,5 USD? Gdzie amator fotografii nie wkupi się łatwiej w łaski modeli i nie rozkręci fotogenicznej imprezy przy użyciu butelki koniaku także około dolara kosztującej? No a co dzieje się tu jesienią, po okresie winobrania, aż strach pomyśleć.

Oczywiście, i tutaj zmiany, jakie trzęsą całym światem docierają, ale przecież wiedzieliśmy o tym i zawsze mamy na uwadze, żeby nie oczekiwać skansenu. Nie zaskakują zatem deklaracje, że mało kto już potrafi żywą muzykę grać, a jeszcze mniej ma własne instrumenty, nie dziwi że imprezę rozkręca trzęsące radio nadające muzykę gdzieś z rumuńskiej strony granicy, ale mimo wszystko trochę smutno i nostalgia bierze za minionym światem.

 

Najbardziej dziwi w sumie brak solidarności, kilkanaście kilometrów dalej jedno z najbogatszych miasteczek Mołdawii gdzie pieniądze wyrzuca się na naturalnej wielkości rzeźby koni w galopie zdobiące front pałacu, a tutaj piszcząca bieda. No ale może i lepiej dla nas, włóczęgów, bo odwiedzany świat jest przez to bardziej zróżnicowany i kolorowy. Sami Cyganie z Badiceni są z pewnością dla nas, przyjezdnych fascynujący, ale, mimo iż daleko nam do krytycznego stosunku ich sąsiadów, mimo iż wiemy, że stereotypy często odbiegają od prawdy, jakoś nieprzypadkowo nie zanocowaliśmy z nimi, ale ze spotkanym wcześniej mołdawskim gospodarzem, starszym panem mieszkającym z żoną, od kiedy ich syn zginął w wypadku samochodowym. Snuł ciekawe opowieści o czasie spędzonym w radzieckim wojsku, w bazie rakietowej gdzieś w tajdze w północnej republice Komi, otoczonej systemem płotów o wysokim napięciu tak, iż nawet niedźwiedzie smażyły się na nich na befsztyk, a kiedy jedyny raz podczas jego pobytu wypuszczono rakietę, całą noc żarzyła się na niebie na oczach zapatrzonej jednostki. Opowieści zapewne równie ciekawe jak cygańska impreza, a z większym zaufaniem zostawialiśmy u niego plecak ze sprzętem fotograficznym czy nawet pieniędzmi niż czynilibyśmy to u żywiołowych i zarazem nieprzewidywalnych Romów poznanych w knajpie. Stereotypy niby nie są prawdziwe, a jednak z niczego nie powstają.

 

***

 

 

Mołdawia to w sumie nieduży kraj, a mimo to został w burzliwym czasie rozpadu Związku Radzieckiego jeszcze bardziej podzielony. Cały prawy brzeg Dniestru, pod kontrolą rosyjskich żołnierzy i po krwawej wojnie domowej tworzy teraz Republikę Naddniestrza, dziwny twór, jednocześnie niezależny i na wiele sposobów związany z Moskwą, rządzony przez dziwnego prezydenta Igora Smirnova, który w wyborach w niektórych regionach osiągnął godny podziwu wynik 103.6 % oddanych głosów. Największa miejscowość Naddniestrza to Tiraspol, z wielką stacją kolejową widmo, z której od czasu wojny ani do niedalekiego Kiszyniowa ani do Odessy nic nie jeździ, z ulicami Marksa czy Lenina upstrzonymi pomnikami tych patronów, z cerkwiami wyrastającymi między ponurymi blokami przed którymi pasą się kozy. Pominik Lenina stoi zresztą też przez pałacem marionetkowego prezydenta kraju. Ten przez niektórych uważany za szaleńca wódz odciął swego czasu wszelkie połączenia telefoniczne do sąsiedniej, znienawidzonej Mołdawii, a mimo to ten kraj słynący z handlu narkotykami, organami i bronią z bogatych posowieckich arsenałów, nie ma własnych znaczków pocztowych honorowanych poza jego granicami i jest zmuszony używać mołdawskie. Niewątpliwie z powodu swojej egzotyki jest godny odwiedzenia, chociażby po drodze z Kiszyniowa do Odessy, chociaż najprostsza droga w tych absurdalnych realiach niekoniecznie może okazać najłatwiejsza, dzięki wyjątkowo bezczelnie wymuszanemu łapówkarstwu przez naddniestrzańskich i rosyjskich sołdatów obsadzających przejścia graniczne.

Jest to jednak obowiązkowy punkt dla lubiących odwiedzać mało znaczące państwa, mało komu znane dziury na mapie świata czy też państwa które nie istnieją. W regionie krąży dowcip bazujący na takim samym skrócie w języku rosyjskim Wspólnoty Niepodległych Państw i faktycznie zaistniałej po burzliwym okresie separatystycznych wojen Wspólnocie Nieuznawanych Państw. Republika Naddniestrza jest bowiem respektowana przez niewiele krajów świata, a wszystkie równie jak ona niepoważne : Abchazja i Południowa Osetia, NagornoKarabach i wreszcie autonomiczna, ale wchodząca w skład Mołdawii tureckojęzyczna republika Gagauzji. Ta ostatnia to ciekawe miejsce dla zainteresowanych turecką kulturą i skomplikowaną historią Besarabii, w której Turcy istotną rolę odgrywali, ale nie należy łudzić się, iż spotkamy tu knajpy z kebabem czy fajką wodną. Co wielu odwiedzających a nawet niegościnnych mieszkańców zgodnie przyznaje, turysta do Gagauzji przyjeżdżający może liczyć co najwyżej na porządne obicie gęby. Gagauzja leży jednak na trasie na południe, warto przejechać się śmiesznie tanim pociągiem na ukraińską stronę , gdzie w Ismail w delcie Dunaju przy odrobinie szczęścia znaleźć można transport do Rumunii a nawet statek płynący dwa razy w tygodniu po Dunaju do Bułgarii.

 

Informacje praktyczne :

 

Atrakcje : Kraj taki jaki Mołdawia może rozczarować atrakcjami turystycznymi w klasycznym sensie, rozumianymi jako monumentalne zabytki i charakterystyczne budowle, ale jeśli ktoś takich rzeczy potrzebuje, warto wpaść do Orhei, aby napatrzyć się na ruiny starego miasta i jeden z ładniejszych klasztorów, dość licznych w tym kraju. Warto polecić też winiarnie Cricova, prawdziwe podziemne miasto wina, z 60 km szerokich ulic i korytarzy wypełnionych 30 mln litrów wina. Wycieczki tymi podziemnymi arteriami wraz z testowaniem skarbów kosztujące 30 Euro to być może jeden z największych wydatków podczas wycieczki do Mołdawii. Dość obszerne, oficjalne info turystyczne na stronie ministerstwa ( www.turism.md )

Ceny : Jeden z tańszych krajów w Europie, zwłaszcza żywność, alkohole, papierosy.

Transport : Dobrze rozbudowana sieć tanich autobusów pokrywająca cały kraj, wiele połączeń autobusowych i kolejowych do Moskwy i innych miast Rosji, Odessy, Czerniowcy Lwowa czy Ismail na Ukrainie, oraz do Rumunii. Większość międzynarodowych połączeń startuje z Kiszyniowa.

Noclegi : Tanie noclegi to problem w całym byłym ZSRR, zwłaszcza na tle pozostałych cen, ale warto skorzystać z prywatnych kwater lub zupełnie darmowego, coraz  popularniejszego tam Hospitality Club ( www.hospitalityclub.org )

Język  : Bardzo przydatny rosyjski oraz rumuński,  napisy alfabetem łacińskim ( poza Tiraspolem )

Wizy, rejestracja : Dla Polaków do 90 dni pobyt bez wizy, konieczność rejestracji na milicji ( jednorazowa ) w wypadku mieszkania poza hotelami, niedopełnienie może wiązać się z karą lub wymuszaniem łapówek.

Kiedy pojechać : Wczesną wiosną , kiedy kraj jest bardzo zielony i jest już cieplej niż w Polsce, oraz późną jesienią, w okresie winobrania, pełnym festynów i imprez i tanich owoców.

Co robić : Unikać stolicy, eksplorować kulturę ludową, gościnność mieszkańców , klasztory, testować wina, koniaki, jeździć na osiołkach, rowerami ( puste drogi, mało samochodów ), włóczyć się na bazarach i kosztować świeżych produktów, wreszcie odwiedzić postindustrialne tereny w separatystycznym Naddniestrzu.

 

 

Światosław Wojtkowiak