Z Cyganami w Mołdawii spotkałem się po
raz pierwszy pewnego poranka, tydzień po prawosławnej Wielkanocy, w wiosce
zwanej Lapusna. Mołdawia to kraj, który zachował
wiele z dawnych tradycji, mimo wieloletniej przynależności do Związku
Radzieckiego w trakcie której próbowano stworzyć
rzekomo nowoczesnego sowieckiego człowieka. Jedną z takich tradycji jest
zwyczaj wylewania odrobiny pitego alkoholu ( a te mają tu przednie i w wielu gatunkach ) na ziemię za zmarłych przodków, oraz
całodziennego za ich dusze picia właśnie w niedzielę tydzień po Wielkanocy. Nic
dziwnego, że w każdej niemalże zagrodzie w Lapusna,
za drewnianymi malowanymi zwykle na zielono pięknymi płotami, spotkać można
było całe rodziny zgromadzone wokół plastikowych
Nie minęło jednak wiele czasu, a raczej
nie wypłynęło wiele koniaku z butelki, a nasza międzynarodowa impreza
rozkręciła się na dobre. Co ujęło mnie na samym początku, to gwałtowne
wzburzenie gospodarzy, gdy wróciłem nagle ze sklepiku z nową porcją koniaku i kiełbasy. Jak się okazało, gościowi nie wypadało po prostu
dokładać się do wspólnej libacji, to oni tu byli od częstowania.
Jakże miła odmiana, pomyślałem, po afrykańskich wędrówkach, gdzie to
zawsze mi, białemu, przychodziło odgrywać rolę dobrego wujka.
Mała gafa została jednak szybko
nadrobiona, kiedy spod sklepu przenieśliśmy się do domu Miszy,
a raczej przed dom, za wielki stół na który cygańskie
dziewczyny błyskając złotymi zębami i czarnymi oczyma szybciutko powystawiały
kolejne trunki i jedzenie. Nagle nie wiadomo skąd znalazła się gitara, mocno
pijany już Misza zaczął pokazywać tatuaże z licznymi dziewczynami jego żywota,
śpiewając przy tym piosenki. Za zestaw perkusyjny służyły szklanki i metalowe
wiadro, impreza zaczęła nabierać coraz szybszego tempa i wrażenie teleportacji
na plan jednego z filmów Kusturicy stawało się coraz
silniejsze. Zdecydowałem się, że przejdę się na krótki spacer do domu, aby
zostawić sprzęt fotograficzny i już niczym nie przejmować, okazało się jednak,
że mimo wczesnej pory wszystko bardzo wiruje, kierunki nie do końca układają się
w logiczną całość a przypadkowo napotkana na drodze góra piachu wydaje się
całkiem wygodna do spania.
***
Drugi wyjazd był już całkiem
zaplanowany. Przez ukraiński Mohylew i dziwne przejście graniczne o japońskiej nazwie Otaki, pełne przemytników
pomidorów, dostaliśmy się w liczbie czterech osób do miejscowości Soroca, powszechnie uważanej za stolicę mołdawskich
Cyganów. Wieść o bogatych pałacach przyciągnęła nas do tej skądinąd nudnej mieściny,
i po zakwaterowaniu się w centrum, zabraliśmy się za butelkę wódki ( w tym
kraju tańszą niż taksówka ) z przypadkowo spotkanym
osobnikiem na Cygańskie Wzgórze, mimo bardzo późnej już pory. Pretekstem były
posz
Następnego dnia, już w świetle
pochmurnego poranka cygańskie rezydencje prezentowały się okazale. Znów zresztą
bezpośredniość i otwartość na obcych tutejszych mieszkańców nie pozwoliła nam
na anonimowy spacer i niemal każdy dom musieliśmy zaliczyć od środka,
wysłuchując wykładu dumnych gospodarzy ile warte są złocone ramy luster, ile
pustych i zbędnych pokojów wyposażonych, w co tylko się da ma ich dom, a
zwłaszcza o ile więcej od domu sąsiada. Jak później słyszeliśmy nieraz z ust
samych właścicieli, budowane z przepychem w stylu „rocco-barocco”
rezydencje powstają według prostej zasady. Jeśli twój
sąsiad ma dwa piętra, ty musisz mieć trzy, to najczęściej cytowana odpowiedź
mieszkańców tych domów na pytanie, po co im tak wielkie rezydencje, które
często stoją puste. Szczególne wrażenie wywierają tu sypialnie dzieci, ogromne
komnaty ustrojone purpurowymi baldachimami łóżka, kilkumetrowe portrety
wąsatych członków rodziny, otoczenie, w którym urocze, drobne romskie
dziewczynki wyglądają jak zagubione księżniczki. Dzieci zresztą tutaj, dziewczynki
na równi z chłopcami, są bardzo odważne i wygadane, a z rezolutnych młodych
panien wyrastają pewne siebie kobiety, rzadkość w tradycyjnych kulturach, a
rzecz typowa wśród Cyganów, gdzie normalnym jest kobieta przysłuchująca się czy
wtrącająca do rozmowy męża z męskim gościem. Wiedzą zresztą, że w tradycyjnym
społeczeństwie mogą być pewne swoich mężczyzn, bo nawet, jeśli figlują oni
gdzieś na boku z blond Rosjankami czy Ukrainkami, to i tak wyjść mogą jedynie
za Cygankę.
Jednocześnie to często właśnie kobiety
pielęgnują tradycję, kiedy ich bogaci mężowie odziani w garnitury i złote
zegarki z Moskwy krążą po dzielnicy w czarnych mercedesach, one na podwórku
okazałej rezydencji gotują na gazowych palnikach, piorą w zwykłej misce czy też
( to raczej domena babć których dzieciństwo minęło jeszcze w taborach
) bawią się we wróżenie z ręki , i wyciąganie za to tych marnych kilka
groszy za które nawet jednej złotej klamki do domu nie dałoby się kupić.
Skąd wzięło się zatem
bogactwo dzielnicy, dlaczego w jednym narodzie mamy jednocześnie Cygana-
synonim żebraka i innego - multimilionera? Złośliwi, nie przepadający
za Romami Mołdawianie czy Rumuni twierdzą, że Cyganie dzielą się na tych,
którzy kradną i wyłudzają oraz na tych, którzy już nie muszą, tyle już
nakradli. Inna zaś bardzo rozpowszechniona w Mołdawii plotka mówi o hodowli i
handlu marihuaną i innymi używkami na szeroką skalę, czemu mieszkańcy Soroki
oczywiście zaprzeczają. Prawda zapewne leży gdzieś pośrodku, i nowobogackie
rezydencje z marmurami, ale z łazienką na podwórzu do złudzenia przypominają
styl życia rdzennie słowiańskich Nowych Rosjan, z którymi tutejsi Cyganie
pewnie niejeden interes ubili, i to na pewno nie zawsze do końca uczciwy.
Pieniądze zmieniają ludzi, to
oczywiste. Mimo iż nadal widać luz, picie porannej kawki w piżamie na murku w
krzakach przed swoim pałacem, widać tą spontaniczność, ten błysk w oku, byciem
właścicielem oznacza jednak więcej do stracenia, oznacza bycie ostrożnym,
zaproszenie na noc do domu raczej nie wchodzi w grę, tak spontaniczne imprezy
jak w Lapusna czy w Badiceni,
do którego niedługo stąd pojedziemy też należą do rzadkości. Pieniądze także
dzielą. Inna na pewno jest historia Barona, obdarzonego długą białą brodą
przywódcy tutejszych Cyganów, a inna wściekłych, biednych staruszek, z pasją
oskarżających Barona, iż jego wielopiętrowa rezydencja i stojące przed nią
pancerne czajki kiedyś należące do Andropowa,
że to całe bogactwo to dzięki defraudacji i korupcji należących do
wszystkich publicznych cygańskich pieniędzy, między innymi odszkodowań, jakie w
końcu zaczął wypłacać niemiecki rząd Cyganom prześladowanym przez nazistów, a
pozbawionym dotąd takiego PR jak Żydzi.
***
Badiceni, wioska położona w bok od drogi
wiodącej z Soroki na granice, do Otaki, to miejsce, w
którym mieszkają Cyganie innego sortu, z innej klasy można by powiedzieć
używając dawnej socjalistycznej terminologii. W biednej wiejskiej Mołdawii,
kraju ludzi wciąż dziabiących pola prehistoryczną motyką tutejsi Cyganie wydają
się jeszcze biedniejszymi pariasami. No, ale oni nie chcą pracować,
przynajmniej nie na roli, od wieków brzydzą się takim zajęciem, preferując
różnego rodzaju biznesy i kombinacje. Cyganie, jakich odwiedziliśmy w Badiceni są przy tym uroczymi, spontanicznymi ludźmi, i z
pewnością, jeżeli będę na jesieni w Europie, skorzystam z ich zaproszenia na
wesele, bo chociaż wiem, że oczekiwać będą od „bogatego” wujka sporo prezentów,
to w zamian trafię na naprawdę niezłą zabawę. Zresztą, gdzie taki szaraczek jak
ja może odgrywać rolę bogatego sponsora jak nie w wiejskim barze w mołdawskim Badiceni, gdzie piwa dla całej czteroosobowej rodziny
wyniosą w przeliczeniu nie więcej jak 1,5 USD? Gdzie amator fotografii nie
wkupi się łatwiej w łaski modeli i nie rozkręci fotogenicznej imprezy przy
użyciu butelki koniaku także około dolara kosztującej? No a co dzieje się tu
jesienią, po okresie winobrania, aż strach pomyśleć.
Oczywiście, i tutaj zmiany, jakie trzęsą
całym światem docierają, ale przecież wiedzieliśmy o tym i zawsze mamy na uwadze,
żeby nie oczekiwać skansenu. Nie zaskakują zatem
deklaracje, że mało kto już potrafi żywą muzykę grać, a jeszcze mniej ma własne
instrumenty, nie dziwi że imprezę rozkręca trzęsące radio nadające muzykę
gdzieś z rumuńskiej strony granicy, ale mimo wszystko trochę smutno i nostalgia
bierze za minionym światem.
Najbardziej dziwi w sumie brak
solidarności, kilkanaście kilometrów dalej jedno z najbogatszych miasteczek
Mołdawii gdzie pieniądze wyrzuca się na naturalnej wielkości rzeźby koni w
galopie zdobiące front pałacu, a tutaj piszcząca bieda. No
ale może i lepiej dla nas, włóczęgów, bo odwiedzany świat jest przez to
bardziej zróżnicowany i kolorowy. Sami Cyganie z Badiceni
są z pewnością dla nas, przyjezdnych fascynujący, ale, mimo iż daleko nam do
krytycznego stosunku ich sąsiadów, mimo iż wiemy, że stereotypy często
odbiegają od prawdy, jakoś nieprzypadkowo nie zanocowaliśmy z nimi, ale ze
spotkanym wcześniej mołdawskim gospodarzem, starszym panem mieszkającym z żoną,
od kiedy ich syn zginął w wypadku samochodowym. Snuł ciekawe opowieści o czasie
spędzonym w radzieckim wojsku, w bazie rakietowej gdzieś w tajdze w północnej
republice Komi, otoczonej systemem płotów o wysokim
napięciu tak, iż nawet niedźwiedzie smażyły się na nich na befsztyk, a kiedy jedyny
raz podczas jego pobytu wypuszczono rakietę, całą noc żarzyła się na niebie na
oczach zapatrzonej jednostki. Opowieści zapewne równie ciekawe jak cygańska
impreza, a z większym zaufaniem zostawialiśmy u niego plecak ze sprzętem
fotograficznym czy nawet pieniędzmi niż czynilibyśmy to u żywiołowych i zarazem
nieprzewidywalnych Romów poznanych w knajpie.
Stereotypy niby nie są prawdziwe, a jednak z niczego nie powstają.
***
Mołdawia to w sumie nieduży kraj, a
mimo to został w burzliwym czasie rozpadu Związku Radzieckiego jeszcze bardziej
podzielony. Cały prawy brzeg Dniestru, pod kontrolą rosyjskich żołnierzy i po
krwawej wojnie domowej tworzy teraz Republikę Naddniestrza,
dziwny twór, jednocześnie niezależny i na wiele sposobów związany z Moskwą,
rządzony przez dziwnego prezydenta Igora Smirnova,
który w wyborach w niektórych regionach osiągnął godny podziwu wynik 103.6
% oddanych głosów. Największa miejscowość Naddniestrza to Tiraspol, z
wielką stacją kolejową widmo, z której od czasu wojny ani do niedalekiego
Kiszyniowa ani do Odessy nic nie jeździ, z ulicami Marksa czy Lenina
upstrzonymi pomnikami tych patronów, z cerkwiami wyrastającymi między ponurymi blokami przed którymi pasą się kozy. Pominik
Lenina stoi zresztą też przez pałacem marionetkowego prezydenta kraju. Ten
przez niektórych uważany za szaleńca wódz odciął swego czasu wszelkie
połączenia telefoniczne do sąsiedniej, znienawidzonej Mołdawii, a mimo to ten
kraj słynący z handlu narkotykami, organami i bronią z bogatych posowieckich arsenałów, nie ma własnych znaczków pocztowych
honorowanych poza jego granicami i jest zmuszony używać mołdawskie.
Niewątpliwie z powodu swojej egzotyki jest godny odwiedzenia, chociażby po
drodze z Kiszyniowa do Odessy, chociaż najprostsza droga w tych absurdalnych
realiach niekoniecznie może okazać najłatwiejsza, dzięki wyjątkowo bezczelnie
wymuszanemu łapówkarstwu przez naddniestrzańskich i rosyjskich sołdatów
obsadzających przejścia graniczne.
Jest to jednak obowiązkowy punkt dla
lubiących odwiedzać mało znaczące państwa, mało komu
znane dziury na mapie świata czy też państwa które nie istnieją. W regionie
krąży dowcip bazujący na takim samym skrócie w języku rosyjskim Wspólnoty
Niepodległych Państw i faktycznie zaistniałej po burzliwym okresie
separatystycznych wojen Wspólnocie Nieuznawanych
Państw. Republika Naddniestrza jest bowiem respektowana
przez niewiele krajów świata, a wszystkie równie jak ona niepoważne
: Abchazja i Południowa Osetia, Nagorno – Karabach i wreszcie autonomiczna, ale wchodząca w skład
Mołdawii tureckojęzyczna republika Gagauzji. Ta ostatnia to ciekawe miejsce dla
zainteresowanych turecką kulturą i skomplikowaną historią Besarabii, w której
Turcy istotną rolę odgrywali, ale nie należy łudzić się, iż spotkamy tu knajpy z kebabem czy fajką wodną. Co wielu odwiedzających a
nawet niegościnnych mieszkańców zgodnie przyznaje, turysta do Gagauzji przyjeżdżający może liczyć co najwyżej na porządne
obicie gęby. Gagauzja leży
jednak na trasie na południe, warto przejechać się śmiesznie tanim pociągiem na
ukraińską stronę , gdzie w Ismail w delcie Dunaju przy
odrobinie szczęścia znaleźć można transport do Rumunii a nawet statek płynący
dwa razy w tygodniu po Dunaju do Bułgarii.
Informacje praktyczne
:
Atrakcje : Kraj
taki jaki Mołdawia może rozczarować atrakcjami turystycznymi w klasycznym
sensie, rozumianymi jako monumentalne zabytki i charakterystyczne budowle, ale
jeśli ktoś takich rzeczy potrzebuje, warto wpaść do Orhei,
aby napatrzyć się na ruiny starego miasta i jeden z ładniejszych klasztorów,
dość licznych w tym kraju. Warto polecić też winiarnie Cricova,
prawdziwe podziemne miasto wina, z
Ceny : Jeden
z tańszych krajów w Europie, zwłaszcza żywność, alkohole, papierosy.
Transport : Dobrze
rozbudowana sieć tanich autobusów pokrywająca cały kraj, wiele połączeń
autobusowych i kolejowych do Moskwy i innych miast Rosji, Odessy, Czerniowcy Lwowa czy Ismail na
Ukrainie, oraz do Rumunii. Większość międzynarodowych połączeń startuje z
Kiszyniowa.
Noclegi : Tanie noclegi to problem w całym
byłym ZSRR, zwłaszcza na tle pozostałych cen, ale warto skorzystać z prywatnych
kwater lub zupełnie darmowego, coraz popularniejszego tam Hospitality Club ( www.hospitalityclub.org )
Język : Bardzo przydatny rosyjski oraz rumuński, napisy alfabetem łacińskim ( poza Tiraspolem )
Wizy,
rejestracja : Dla Polaków do 90 dni pobyt bez wizy,
konieczność rejestracji na milicji ( jednorazowa ) w wypadku mieszkania poza
hotelami, niedopełnienie może wiązać się z karą lub wymuszaniem łapówek.
Kiedy
pojechać : Wczesną
wiosną , kiedy kraj jest bardzo zielony i jest już cieplej niż w Polsce, oraz
późną jesienią, w okresie winobrania, pełnym festynów i imprez i tanich owoców.
Co
robić : Unikać
stolicy, eksplorować kulturę ludową, gościnność mieszkańców , klasztory,
testować wina, koniaki, jeździć na osiołkach, rowerami ( puste drogi, mało
samochodów ), włóczyć się na bazarach i kosztować świeżych produktów, wreszcie
odwiedzić postindustrialne tereny w separatystycznym Naddniestrzu.
Światosław Wojtkowiak